Strona główna / Wywiady / Justyna Wojciechowska: Rakieta leci tam, gdzie ją wycelujesz

Justyna Wojciechowska: Rakieta leci tam, gdzie ją wycelujesz

Pierwszą pracę rozpoczęła tydzień po ukończeniu liceum, 13 lat temu założyła firmę – SkyRocket marketing &events, a w 2018 roku zainicjowała projekt networkingowo-warsztatowy „Rakieta do Biznesu”. Jest pilotem tej rakiety – z Justyną Wojciechowską, która radzi młodym kobietom, jak zacząć swój pierwszy projekt, rozmawia Karolina Osińska-Marcińczyk.

Justyna – „Rakieta” – tak o sobie myślisz?
Tak, i to nie jest przypadek. SkYRocket to rakieta, fajerwerk, ale też w języku potocznym czasownik oznaczający gwałtowny wzrost, wystrzelenie w górę. Lubię to znaczenie. Bo właśnie o to mi chodzi – w mojej pracy i w pracy z klientami. 

Kim jesteś prywatnie?
Dziewczyna z sąsiedztwa.
Od zawsze blisko słowa – jako dziecko i nastolatka pisałam wiersze, potem poszłam na dziennikarstwo i komunikację. Słowo, ludzie, układanie myśli w zdania – to był mój świat od początku i właściwie nadal jest, tylko w nowych odsłonach.
Dziś zamiast wierszy piszę scenariusze rolek. Zamiast artykułów – strategie komunikacji. Z podcastu tworzę blogi, posty, rolki. Pracuję z AI, prowadzę szkolenia, konsultacje. Ale ta sama nić – słowo, człowiek, przekaz – ciągnie się przez całe moje życie zawodowe.
Prywatnie jestem partnerką i mamą. I – jak mówią znajomi – zapalnikiem do działania. Może właśnie dlatego ta rakieta tak do mnie pasuje.

Obawiałaś się otworzyć własną firmę?
Obawy były, ale miałam już swoje doświadczenia. Zaczęłam pracować zaraz po maturze, studiując zaocznie – więc nie skakałam w nieznane bez żadnego zaplecza. Moim pierwszym klientem został mój były pracodawca. A potem dochodzili nowi.
Od początku wiedziałam jedno – budowanie marki wymaga czasu i konsekwencji. Dlatego od samego początku pokazywałam na Facebooku co i jak robię, dokumentowałam swoją pracę. Nie czekałam aż ktoś mnie znajdzie – byłam tam gdzie moi potencjalni klienci.
I wiesz co? Niedawno zapytałam nową klientkę dlaczego zadzwoniła właśnie do mnie. Odpowiedziała że miała mnie w głowie – że gdy pomyślała o rozkręceniu nowej lokalnej marki, przyszłam jej na myśl jako jedyna osoba. To dla mnie najlepszy dowód że reputacja budowana latami naprawdę procentuje. Ale trzeba być konsekwentnym i cierpliwym.

„Zosia samosia”, „towarzyska gaduła” i „osoba z misją” – jak to wszystko pogodzić?
Wszystkie te określenia to naprawdę ja – i wszystkie przekładają się na to jak pracuję i czym się kieruję.
Zosia samosia? Ciężko mi delegować, potrzebuję dużo kontrolować. To bywa wyzwaniem – szczególnie, gdy trzeba komuś oddać część pracy i zaufać że zrobi to dobrze.
Towarzyska gaduła ma swoje alter ego – bo umie też słuchać. Zadawać dobre pytania, wyciągać wnioski, czytać między wierszami. To bardzo przydatne przy konsultacjach czy budowaniu strategii marketingowej dla klienta. Żeby dobrze doradzić, najpierw musisz dobrze zrozumieć.
A misja? To chyba najbardziej moje. Widzę jak wiele małych biznesów ma świetny produkt czy usługę, ale nie potrafi o sobie mówić. I to mnie nakręca – żeby to zmieniać. Jeden biznes na raz. 

Co robisz gdy wewnętrzna rakieta ma chwilowy spadek ciśnienia?
Nie szukam wtedy iskry na siłę.
Robię pit stop.
Zajęło mi sporo czasu żeby odkryć, że odpuszczanie nie jest słabością – że daje uwolnienie i robi miejsce na nowe. Więcej maszeruję, więcej słucham muzyki. I pozwalam sobie po prostu być.
Pomaga też to że moja praca ma bardzo różny charakter – jeden dzień latam z klientem i nagrywamy rolki w terenie, inny siedzę w spokoju z laptopem, jeszcze inny szkolę na sali. Nie mam dwóch takich samych tygodni. Jedne zadania działają na energii tworzenia, inne na energii działania – i to przeplatanie daje mi oddech.
Wyszłam też całkowicie z eventów. To mocno obciąża układ nerwowy – szczególnie gdy jesteś osobą, której zależy żeby wszystko wypaliło zgodnie z planem. A życie, jak wiadomo, nie zna Twojego planu. 

Jak zmienił się rynek marketingu przez 13 lat?
Obserwuję jedno – podstawy są niezmienne, zmieniają się narzędzia, możliwości i trendy.
Podstawy to ciągle: budowanie świadomości swojego istnienia, zdobywanie zaufania, aktywne pozyskiwanie klienta zamiast czekania aż ktoś zapuka. I myślenie o własnym marketingu – czego właśnie często brakuje. Robi się to co modne, ogląda na innych, albo powtarza te same działania od lat bez zatrzymania i refleksji: co z tego ma sens, a co nie?
Wiadomo że mamy AI – i kto nie będzie chociaż trochę za tym nadążał, ten znajdzie się w świecie którego nie rozumie. Wiadomo że przeszliśmy z postów i grafik w materiały video – rolki, shorty, TikToki.
I wiesz co? Gdyby ktoś w 2016 powiedział mi że będziemy nagrywać mówione video, pokazywać biznes od środka, tworzyć takie ilości treści jakie tworzymy dziś – powiedziałabym że zwariował. A jednak robimy to. Dziś odbiorca chce doświadczyć Twojej energii, sposobu mówienia, zobaczyć kulisy. Nie idealne kadry, grafiki wyglądające jak „plakaty”. Rolki i stories pozwalają zbliżyć się do klienta i zbudować z nim most zaufania.

Najbardziej ekstremalny kryzys biznesowy?
Dwa momenty szczególnie.
Pandemia. Własne warsztaty – stop. Szkolenia zamknięte – stop. Ale paradoksalnie ten czas przyniósł dużo pracy, bo firmy zostały niejako zmuszone do budowania i wzmacniania swojego wizerunku online. Elastyczność i przeniesienie uwagi tam gdzie był klient i jego potrzeba – to pomogło przetrwać i działać.
Drugi moment – końcówka ciąży i pierwsze miesiące macierzyństwa. Chciałam pracować mniej, ale potrzebowałam utrzymać stałych klientów. Musiałam nauczyć się delegować i dzielić się pracą z osobami zewnętrznymi. Moja Zosia samosia przeżyła prawdziwy szok. Ale to była ważna lekcja – że nie wszystko muszę i mogę robić sama.

Kolorowanki i kryminały – dlaczego akurat to Cię wciąga w wolnych chwilach?
Chodzi o głowę.
Przy filmie czy książce moja głowa nie produkuje własnej fabuły – wchodzi w tę która jest. To rzadkie uczucie gdy myśli się zatrzymują i po prostu śledzisz czyjąś historię.
Kolorowanki to coś innego – wyciszają. Czasem udaje się niemal medytować, koloruję i głowa się odcina. A czasem to właśnie te momenty gdy głowa ma przestrzeń żeby spokojnie pomyśleć – bez presji, bez listy zadań.
Marsz po świdnickich parkach z podcastem w uszach to mój sposób na dopaminę i ruszenie czterech liter. 
A w stanie totalnego lenistwa? Mam słabość do „Love is Blind”. Nie pytaj (śmiech – przyp. red.).

Trzy słowa dla młodej dziewczyny, która boi się odpalić swój pierwszy projekt?
Tylko trzy słowa to za mało. Ale spróbuję.
Zastanów się przy jakich zadaniach czujesz że frunie – i buduj wokół tego. Nie wokół tego co się opłaca albo co robią inni.
Określ czego nie chcesz. Jakich klientów, jakich zleceń, jakiego trybu pracy. Granice na początku wydają się luksusem – a są fundamentem.
I miej odwagę odpuszczać szybciej niż myślisz, że powinnaś. Gdy coś uwiera – klient, sposób pracy, kierunek – wróć do swoich wartości, do siebie. I rób miejsce na to co właściwe.
Rakieta nie leci w każdym kierunku. Leci tam, gdzie ją wycelujesz. 

Dziękuję za rozmowę.

Foto użyczone

Tagi:

Zostaw odpowiedź

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *