Przeklęty kontynent, przeklęte krainy, dawne mity. Mroczny i bezkompromisowy świat. To wszystko znajdziemy w mrocznym fantasy „Wrona z Madenfal” Przemka Osowskiego, książce, która szybko po ukazaniu się na polskim rynku wydawniczym podbiła serca czytelników i miłośników dark fantasy. Książce, osnutej purpurową mgłą, pełną zagadek, tajemnic i rodzimej mitologii. W rozmowie z Agnieszką Góralczyk, autor „Wrony z Madenfal” opowiada m.in. o tym jak narodził się świat Gjaladenu, inspiracjach grami wideo i powstaniu jednej z najciekawszych historii w polskiej literaturze fantastycznej.
Dlaczego „Wrona z Madenfal” tu jest i co oznacza jej obecność?
PO: To dwa świetne pytania, na które nie mogę odpowiedzieć wprost, bo zdradziłbym całą zabawę. Mogę jednak powiedzieć tyle: im uważniej się czyta, tym więcej można wynieść z tej powieści. Ma ona także podłoże psychologiczne. W dodatku kierowałbym się mocno symboliką, jeśli chodzi o te czarne ptaszyska.
Co było największą inspiracją do stworzenia świata Gjaladenu, który jest tak mocno wypaczony przez mgławice?
PO: Pamiętam dokładnie moment, gdy wymyśliłem kontynent Gjaladenu – bo tak naprawdę to tylko skrawek świata, można powiedzieć taka „Australia”. Siedziałem w Niemczech z kolegą po pracy i zastanawiałem się nad nazwą dla tego miejsca. To był 2022 r., a więc spory kawał czasu temu. Co było inspiracją? Wydaje mi się, że wszystko po trochu: Gra o Tron, Wiedźmin, World of Warcraft i setki innych filmów, gier czy książek. Najbardziej podobał mi się w tych rzeczach mrok i epickość, i to właśnie powodowało, że rodziły się we mnie pomysły.
Hjalkan jest pełen ciekawości, ale i gniewu. Czy tworząc go, wzorowałeś się na archetypie antybohatera?
PO: Początkowo można go tak odczytać, jednak to jest najbardziej przebojowa postać, pełna metamorfoz. On rozumie więcej niż inni i to jest jego przekleństwem. Doprowadzi go to do naprawdę ambiwalentnych rzeczy.
Jak wygląda Twój proces budowania świata? Czy zacząłeś od mapy, czy od mgławic?
PO: Mapa to coś, o co jestem często pytany, ale wiedziałem, że gdy ją sporządzę, zamknę sobie możliwości i chciałem tego uniknąć. Co prawda ona istnieje, ale tylko w mojej głowie. Gdyby wydaniu Wrony towarzyszyła taka mapka, nigdy nie przeczytalibyście o „Wyjącym Fjordzie” – miejscu, które ma szczególne znaczenie w drugim tomie. Proces budowania świata był bardzo długi, w sumie zajął trzy lata, a Mgławice były obecne od pierwszego dnia. Tak naprawdę Wrona z Madenfal początkowo nazywała się „Mgławice Gjaladenu”.
Jaką tajemnicę ukryłeś najgłębiej w książce?
PO: To pytanie jest trochę jak pierwsze i nie mogę zdradzić wszystkiego, bo odebrałbym całą zabawę. Mogę jedynie powiedzieć, że w tej książce nic nie jest przypadkowe. Litery na grzbiecie okładki K N V H mają potrójne znaczenie i już wiele osób rozszyfrowało pierwszą warstwę. Czy ktoś kiedyś odkryje wszystkie, to już inna sprawa. Jednak to w pewien sposób spoiler do drugiego tomu. Podobnie podpis Więzień Gjaladenu na pierwszej stronie to również zagadka, choć znacznie prostsza i wierzę, że uważni czytelnicy ją rozgryzą.
Po mrocznym fantasy planujesz spróbować sił w innym gatunku?
PO: Zawsze uwielbiałem klimaty gangsterskie. Rodzina Soprano to dla mnie jeden z najlepszych seriali i mam nawet pomysł na coś w podobnym tonie, ale to raczej odległe marzenie, bo obecnie skupiam się na uniwersum Wrony.

Gdybyś miał napisać opowiadanie o kimś innym niż Hjalkan, kto z mieszkańców Madenfal zasługuje na własną historię?
PO: Hjalkan jest jednym z wielu bohaterów, każdy z nich ma swoje miejsce w powieści. Wrona jest skonstruowana tak, że jedna postać nie mogłaby unieść całej historii. W przyszłości chciałbym jednak stworzyć opowiadanie albo nawet osobną książkę o przygodach Hjalkana i Nokramy, o tym jak wiele lat wcześniej wysyłano ich na misje by zabijali potwory.
W Twojej twórczości czuć klimat znany z gier typu souls-like. Czy gry wideo miały wpływ na to, jak budujesz poziom trudności świata, z którym mierzą się Twoi bohaterowie?
PO: Black Myth: Wukong, Dark Souls, Elden Ring to z pewnością inspiracje. Mało tego, legenda o Wukongu ma swoje nawiązanie nawet we Wronie z Madenfal, choć naprawdę trudno je wychwycić. To bardzo trafne pytanie i odpowiedź jest prosta: tak, gry miały wpływ i to wielki.
Gdybyś sam trafił do świata uwięzionego w purpurowej mgle, jaką rolę byś w nim przyjął? Byłbyś badaczem, wojownikiem czy kimś, kto próbuje po prostu nie oszaleć?
PO: Kimkolwiek bym nie był, prawdopodobnie skończyłbym źle (śmiech). Jednak do przetrwania z pewnością przydałyby mi się umiejętności Hjalkana, bo nie jest to zwyczajny człowiek.
Dark fantasy to specyficzny gatunek. Nie boisz się, że Twój świat może być dla kogoś „za ciężki”, czy wręcz przeciwnie – uważasz, że polski czytelnik potrzebuje więcej takiej bezkompromisowości?
PO: Często słyszę, że zamknę się w tym gatunku i nikt nie będzie tego czytał, ale nie chcę iść na łatwiznę ani powielać schematów. Zdarzyła się kiedyś możliwość wydania czegoś innego i ktoś zaproponował, żebym napisał proste, krótkie romansidło, ale nie tędy droga. Nie będę pisał na siłę i pod publikę, chcę pisać tylko prosto z serca, bo inaczej słowa nie mają znaczenia. Uważam, że prostota jest potrzebna, mówi się, że piękno w niej tkwi i poniekąd się z tym zgadzam, ale co jeśli wszystko staje się zbyt podobne? Wtedy traci swoją siłę. Ja chcę tworzyć coś głębszego, co zostaje w głowie.
Wrona z Madenfal ukazała się w self-publishingu. Dlaczego zdecydowałeś się na taką formę wydania?
PO: Nie miałem nawet konta na Instagramie, byłem kompletnie zielony, żyłem tylko pasją i potraktowałem to jako drogę nauki. Wyciągnąłem z tego wiele wniosków, oj, problemy się pojawiały. Nie było wtedy żadnych perspektyw ani żadnych możliwości wydania gdziekolwiek, więc była to jedyna droga. Cieszę się, że z niej skorzystałem, bo poznałem realia wydawnicze i to, „co się z czym je”. Teraz, przy wydaniu kontynuacji „Krwawa Oblubienica”, nie zamierzam już nigdzie się potykać.
Dziękuję za rozmowę











