W niewielkiej wsi w dolnośląskiej Głuszycy jest wyjątkowe miejsce, gdzie psy północy dzielą się z człowiekiem tym, co mają w sobie najlepszego. Wataha Sierpnica łączy agroturystykę z pasją do psów zaprzęgowych. M.in. o radosnym stadzie niebieskookich psów rasy Samoyed, ich miłości do ludzi i o tym jak potrafią im pomóc, Agnieszka Góralczyk rozmawia z ich właścicielem, Maciejem Brzuchaczem.

Pamięta Pan ten moment, w którym zrozumiał, że psy mają „to coś”, co leczy ludzkie dusze?
MB: Pamiętam, że od dziecka lepiej szła mi komunikacja ze zwierzętami niż z ludźmi. Gdy spotkałem Samoyedy poczułem, że łączy nas coś wyjątkowego. Jednak dopiero gdy nabyłem pierwszego psa dotarła do mnie więź pozaludzka. Przy następnych psach zrozumiałem z kolei jak można wykorzystać specyfikę rasy do aktywnego spędzenia czasu jak i wzajemnej akceptacji i zrozumienia.
Dla kogo taka forma terapii jest najbardziej skuteczna?
MB: Ta forma terapii jest dla każdego. To wprowadzenie ruchu do spacerów po szlakach turystycznych i bezdrożach przy współpracy z psem połączonym na pasie do dogtrekkingu.
Pracuje Pan głównie z dziećmi, seniorami, czy osobami w kryzysie emocjonalnym?
MB: Początkowo skupiałem się na współpracy z placówkami wychowawczymi. Rozwijając ją pojawiła się współpraca z osobami niepełnosprawnymi i wykluczonymi.
Dlaczego akurat Samoyed? Ta rasa kojarzy się z energią, pędem i niezależnością. Jak narodził się pomysł, by te „dzieci północy” stały się terapeutami?
MB: Samoyed to rasa, która żyje z ludźmi. Służy zarówno do ciągnięcia zaprzęgu jak i do grzania w namiotach, zaganiania reniferów. Bezpośrednio uczestniczą w codziennym życiu człowieka. Dlatego też podjąłem decyzję o tym, że właśnie z tą rasą będę prowadził zajęcia.
Z ilu psów składa się wataha i czy każdy z nich ma inną osobowość?
MB: Wataha to sześć psów. Jest to stado indywidualistów.
Kto w stadzie lubi najbardziej się przytulać, a kto jest „strażnikiem spokoju”?
MB: Unikam używania sformułowań „przytulać”, „maskotka” w odniesieniu do zwierząt. W moim stadzie Tula uwielbia się tulić, a Bilbo jako najstarszy i najbardziej doświadczony pilnuje porządku i jest oazą spokoju. Ayko jest naszym „modelem”, narcyzem. Aria pomimo rozmiarów rządzi stadem, a Fenek to dzieciuch, który musi się jeszcze wiele nauczyć.
Zazwyczaj dogoterapia kojarzy się z jednym psem. U Pana jest to cała wataha. Jaką dodatkową wartość daje kontakt z grupą psów zamiast z jednym zwierzęciem?
MB: Dogoterapia polega na wprowadzeniu jednego psa do pomieszczenia z grupą osób w potrzebie. Mój projekt autorski wprowadza formę terapii ruchowej polegającej tylko i wyłącznie na spacerze w terenie, w towarzystwie psów. Stado uczy współpracy zarówno wśród psów jak i wśród ludzi – uczą trzymania się razem i wzajemnego wsparcia.
Czy któryś z psów specjalizuje się np. w wyciszaniu, a inny w zachęcaniu do aktywności?
MB: Bilbo ma predyspozycje do uspokajania i wyciszania jako pies najbardziej doświadczony. Reszta psów zachęca do czynnej aktywności w spacerach.
A jak reagują osoby, które boją się psów, gdy nagle stają w środku błękitnookiej watahy?
MB: Pozwalam na osaczenie psami osoby, która ma lęki związane z ich obecnością. Dlatego też taka osoba, jeżeli jest zainteresowana spacerem, ma kontakt najpierw z Bilbo, który pokazuje, że lęk jest w jego przypadku niewskazany. Odpowiedzialność polega na kontrolowaniu emocji zarówno stada jak i osób korzystających z terapii.
Czego osobiście nauczył się Pan od swoich psów przez te wszystkie lata?
MB: Przede wszystkim nauczyłem się spokoju, komunikacji i zasad panujących w przyrodzie. Ale też fundamentalnych wartości takich jak zaufanie, współpraca, obserwacja szacunek empatia.
Czy one uczą nas, ludzi, jak być lepszymi dla siebie nawzajem?
MB: Moim zadaniem jest pokazać właśnie ludziom, na czym polega wzajemny szacunek za pomocą zasad panujących w stadzie. Przy dzisiejszym pędzie życia zapominamy o tym, co czyni nas człowiekiem.
Zwierzęta są niezwykle wrażliwe na nasze emocje. Jak dba Pan o to, by psy również czuły się szczęśliwe i nie były przeciążone pracą terapeutyczną?
MB: Dbam o to, aby moje psy miały czas na regenerację i wyciszenie. Jednak psy północy to psy bardzo aktywne, potrzebujące atencji. Kontakt z ludźmi jest im potrzebny, a ja jestem częścią ich stada. Były chwile kiedy myślałem, że jestem dla nich nudny. A one „odzywają się” w momencie jak mogą podzielić się swoją energią i radością z człowiekiem.
Gdzie można Pana spotkać i jak można wesprzeć Pana działania?
MB: Mieszkamy w Sierpnicy, aczkolwiek dojeżdżamy w różne miejsca w Polsce, aby pokazać naszą formę zajęć. Wsparciem dla nas jest korzystanie z naszej oferty. Również pomagają nam darowizny w postaci sprzętu potrzebnego do naszej pracy oraz wsparcia finansowego dla naszych działań. Im więcej pomocy otrzymujemy, tym większą pomoc możemy przekazać również charytatywnie.
Dziękuję za rozmowę.





Foto: użyczone












