Dzisiaj będę prawie szowinistyczna i na moją kobiecość zżymam się! Ja, feministka? No czasami i tak bywa, szczególnie gdy wiosenne przesilenie gniecie mnie w plecy. A gdy śpiewam z Natalią Przybysz „Jestem silna, choć czasem się boję” – to wskakuję w schemat?
Mój mąż Paweł pokazał mi takie wystąpienie na TED o kobietach i mężczyznach; z szufladkami. Wypowiedź lekko żartobliwa była o tym, że mężczyźni myślą, reagują i działają otwierając kolejną szufladę, po zamknięciu poprzedniej, tj. np. otwierają szufladę ze sprawami domowymi, po zamknięciu szuflady ze sprawami zawodowymi…
A u kobiet wszystkie są pootwierane! W pracy analizuję każde słowo z wczorajszej kłótni i planuję weekend, w drodze na spotkanie kontroluję co u córki i staram się jak najwięcej zapamiętać z najlepszego trójkowego serwisu, aby być na bieżąco. A wieszając pranie powtarzam tezy z wykładu i jeszcze analizuję kogo zapytam na polskim, bo przecież jak nie pytam nie uczą się regularnie. Na jodze nie umiałam medytować, bo wkurzenie na Trampa przewijało mi się, z planami na jutro. Są dni kiedy mnie to dumą napawa, że taka jestem wielozadaniowa. Ale częściej przeszkadza ta otwarta szuflada z emocjami, to uchylone wieczko w szufladzie z ambicją , np. urażoną, w czysto zawodowej dyspucie… Na co dzień walczę jak lwica o równouprawnienie, ale czasem te moje niepoodmykane szufladki mnie przygniatają i męczą.
Chcę równouprawnienia, a przychodzą mi do głowy przykłady, które dowodzą, że mamy gorzej i trudniej niż mężczyźni… Nie, nie będzie denerwowania się na naturę, że jednak my te dzieci rodzimy cierpiąc fizycznie, nic z tych rzeczy…
Zawodowo przygotowuję konferencje, eventy (prowadzę działalność gospodarczą) i uczę młodzież polskiego w liceum, a także spotykam się z klientami na coachingach. I kiedy już wszystko przygotowane, np. przed ważną konferencją, eventem, kiedy moje wystąpienie gotowe i sprawy podomykane i odhaczone, okazuje się że to tylko połowa sukcesu, bo ja jeszcze muszę wyglądać! Mój kolega, szef innej firmy wbija się w garnitur(że modny, dostosowany do wydarzenia, nie za mały nie za duży) i tyle! A moje „WYGLĄDAĆ” musi spełniać o kilka kryteriów więcej niż kolegi z branży. Bo moja sukienka musi być nie tylko modna, dostosowana do wydarzania (wieczorowa czy biznesowa np.), musi być w moim rozmiarze… i tu podobieństwa się do garnituru się kończą. Moja kreacja musi mieć jeszcze tzw. dodatki tj. m.in. biżuterię, musi być inna od tej na poprzednim evencie, moja sukienka nie może mnie postarzać (oj ta Ziółkowska to już się sypie), moja sukienka nie może mnie odmładzać (oj Ziółkowska udaje 20-latkę). Moja sukienka musi się nadawać do chodzenia po schodach i podnoszenia kartonu czy głośnika, bo jako organizatorka często jestem jak woźny… Oprócz sukienki muszę mieć także „zrobione” włosy (fryzura od fryzjera) paznokcie i makijaż… I z tym kompletnym wizerunkiem, powinnam się czuć na tyle swobodnie, aby móc poprowadzić ten mój event…
Niezależnie od profesji każda kobieta przechodzi, przedziera się przez tę społeczną presję „super wyglądu” albo wyglądu ocenianego na chrzcinach, komuniach, ślubach i konferencjach lub zawodowych jubileuszach itp.
Na koniec zacytuję w ten przedwiosenny czas pełen dla siebie „nie zachwytów”… słowa Erici Jang „Kobiety mają w życiu dwa etapy; pierwszy, w którym starają się, aby je słuchano, a nie na nie patrzono i drugi – kiedy są słuchane, ale już nikt na nie, nie patrzy…” Wkraczam w ten drugi etap kobiecej przezroczystości, nie bez smutku…
Aldona Ziółkowska-Bielewicz, edukatorka, ekolożka, feministka, coachka











