Karolina Rybicka, zakochana w Dolnym Śląsku doktor nauk humanistycznych w dyscyplinie historia, zajmuje się dolnośląskim górnictwem rud miedzi i… dawną kuchnią. W czasie wolnym odwiedza targi staroci, zbiera przedmioty pamiętające czasy Niederschlesien i eksploruje dolnośląskie wsie, o których świat zapomniał. Od kilku lat prowadzi na Facebooku i Instagramie profile „Archiwalny Dolny Śląsk”, gdzie opowiada o fascynujących, intrygujących oraz zdumiewających wydarzeniach z przeszłości regionu i o tych fascynujących rzeczach, w szczególności fascynujących daniach dawnej kuchni dolnośląskiej, opowiada Karolinie Osińskiej-Marcińczyk.
Skąd wzięła się Pani fascynacja Dolnym Śląskiem i jego historią? Czy był jakiś konkretny moment, miejsce lub odkrycie, które zapaliło tę pasję?
Odkąd pamiętam, interesowała mnie historia mojego rodzinnego miasta Złotoryi. Sądzę, że właśnie od tego zaczęła się moja miłość do przeszłości Dolnego Śląska, która zaprowadziła mnie na studia historyczne o specjalności archiwalnej. Potem wszystko zaczęło umacniać się i przybierać na sile. Ten stan ciągle trwa i nic nie wskazuje na to, by cokolwiek miało się zmienić. Jestem po prostu dumną Dolnoślązaczką, kochającą całym sercem ten region.
Profile „Archiwalny Dolny Śląsk” na Facebooku i Instagramie cieszą się ogromną popularnością. Co najbardziej zaskakuje Panią w reakcjach odbiorców – które historie poruszają ludzi najbardziej?
Wiedza odbiorców o Dolnym Śląsku, bo zawsze dowiaduję się od nich czegoś nowego, o czym dotąd nie miałam pojęcia. Najwięcej reakcji wywołują wpisy poświęcone miejscom np. zakładom pracy czy miejscowościom, których już nie ma oraz te ukazujące ciemniejszą stronę Dolnego Śląska np. o morderstwach leśniczych. Podobną popularnością cieszą się archiwalne nagrania zarówno te przedwojenne, jak i powojenne. Te materiały pozwalają nam, choć na chwilę przenieść się do czasów bezpowrotnie minionych.
„Eksploruje dolnośląskie wsie, o których świat zapomniał” – brzmi jak przygoda pełna odkryć. Które z tych zapomnianych miejsc najbardziej utkwiło Pani w pamięci i dlaczego warto je pamiętać?
Bardzo lubię wiosną i wczesną jesienią odwiedzać dolnośląskie wsie, które na pierwszy rzut nie wydają się specjalnie atrakcyjne. Jednak zawsze staram się w nich znaleźć jakieś nieoczywiste miejsca czy ślady przedwojennych mieszkańców. Ostatnio odwiedziłam dwie na pozór niewyróżniające się niczym szczególnym wsie: Lubiechowa i Proboszczów. W pierwszej z nich znajduje się kościół, we wnętrzu którego znajdują się malowidła przedstawiające diabła. Z kolei w drugiej znalazłam kilka świetnie zachowanych niemieckich napisów.
Zbiera Pani przedmioty pamiętające czasy Niederschlesien. Jaki znaleziony przedmiot ma dla Pani największą wartość emocjonalną i jaką historię opowiada?
Takich przedmiotów w mojej kolekcji jest naprawdę sporo i nie potrafię wybrać jednego. Szczególnym sentymentem darzę przedwojenną ceramikę z Bolesławca, bo zawsze zastanawiam się, do kogo należała i jak często była używana przez swojego ostatniego właściciela/właścicielkę. Zbieram też drewniane wieszaki z poniemieckich sklepów z konfekcją damska i męską z obszaru Dolnego Śląska, bo uważam, że to prawdziwe dzieła sztuki użytkowej.
22 marca w Pałacu Kamieniec organizuje Pani wydarzenie „Przy Dolnośląskim Stole”. Skąd pomysł na połączenie historii z kulinariami – co jedzenie mówi nam o regionie i jego mieszkańcach?
Pani Redaktor, głównymi organizatorem wydarzenia „Przy Dolnośląskim Stole” są Państwo Katarzyna i Wojciech Hutni, właściciele Pałacu Kamieniec koło Polanicy-Zdroju. Ja będę tylko opowiadać o tym, jak wyglądały posiłki dawnych mieszkańców regionu, menu serwowanym w pałacach i zamkach oraz o słodkich wypiekach. Jedzenie opowiadała przede wszystkim o tym, do jakiej grupy społecznej ktoś przynależał oraz sytuacji finansowej.
Szczegóły wydarzenia: TUTAJ.
Czym różniły się codzienne posiłki zwykłych mieszkańców od uczt w dolnośląskich pałacach i zamkach? Co może nas zaskoczyć w dawnych menu?
Te stoły różniły się przede wszystkim produktami, z jakich przygotowywano potrawy i stopniem ich zaawansowania. Kuchnia zwykłych mieszkańców była prosta i oszczędna, opierała się na: ziemniakach, kapuście, roślinach strączkowych, mleku, mące, chlebie, jajkach, natomiast mięso jadano bardzo rzadko. Z kolei podczas uczt w pałacach czy zamkach podawano wykwintne potrawy i trunki, które szykowane były przez wykwalifikowanych kucharzy. Wśród produktów warto wspomnieć: dziczyznę baraninę, wołowinę, ryby (karpie, szczupaki, pstrągi, łososie, miętusy), raki, kuropatwy, kapłony, gołębie. Oprócz tego: pomarańcze, cytryny, migdały, rodzynki, trufle i śliwki. Pijano: białe czerwone i białe wino francuskie, reńskie, burgundzkie, cypryjskie oraz szampany. Oto kilka potraw serwowanych w porze obiadu: pasztet z marynowanego kwiczoła z farszem z dziczyzny, pieczone migdały z melonem garnirowane pianką oraz kuropatwa pieczona porcjowana.
Jakie dolnośląskie danie lub deser zasługuje na wielki comeback – coś, co niesprawiedliwie odeszło w zapomnienie, a jest pyszne i warte przywrócenia do codziennej kuchni?
Takim deserem jest dla mnie torcik królowej Luizy, który powstał na początku XIX w. we Wrocławiu. Przepis opracował cukiernik Conrad Perini dla królowej Luizy, żony Fryderyka Wilhelma III. Małżonka monarchy uwielbiała wyprawiać przyjęcia w czasie swojego pobytu we Wrocławiu i zawsze starała się zaimponować swoim gościom. Wypiek składał się z biszkoptu przekładanego kremem orzechowym, bitej śmietany i lukrowej korony. W założeniu miał przypominać Śnieżkę w zimowym wydaniu. Choć powstał we Wrocławiu, to dziś nie znajdziemy go w żadnej z miejscowych cukierni. Jednak można spróbować go w cukierni Kretschmer w Görlitz.
Zawodowo bada Pani historię górnictwa rud miedzi na Dolnym Śląsku. Jak ta przemysłowa przeszłość wpłynęła na kulturę kulinarną regionu – czy górnicy mieli swoje specjalne dania?
Pani Redaktor na to pytanie nie potrafię udzielić odpowiedzi, ponieważ do tej pory nie zajmowałam się badawczo górniczą dietą. Pewne jest, że dieta górnika musiała być kaloryczna, by zapewnić mu energię do pracy.
Dolny Śląsk to region niezwykle wielokulturowy – polsko-niemiecko-czeski. Jak ta różnorodność przejawia się w kuchni? Czy są dania, które łączą te wszystkie tradycje?
Kuchnię Dolnego Śląska cechowała prostota i oszczędność, ale przy tym była smaczna i pożywna. Bazowała przede wszystkim na lokalnych i sezonowych produktach, na własnych plonach i tym, co udało się wyhodować w gospodarstwie lub zebrać w lesie. Tutaj nic nie mogło się zmarnować, wszystko wykorzystywano do końca. W poszczególnych częściach regionu jadano raczej podobnie, choć były potrawy występujące tylko w określonych miejscach. To niektóre z nich: Ritschken – potrawa na bazie grochu, kaszy oraz skwarek, którą podawano z gorącą maślanką (Bystrzyca Kłodzka), Blutsuppe – zupa przygotowywana z czerwonych buraczków bez dodatku krwi (Krzeszów), Paradiesapfel – gęsta zupa pomidorowa z ryżem (Lądek-Zdrój), Quarkkletschel – twaróg mieszany z kaszą lub ziemniakami, kraszony tłuszczem lub skwarkami (Złotoryja) i Schwarzsüd – zupa przypominająca polską czerninę, którą przygotowywano na kurzym rosole z dodatkiem suszonych owoców (Świdnica). Wśród takich jadanych na terenie całego regionu warto wspomnieć: Schlesische Himmelreich – mięso duszone w jabłkach, gruszkach i śliwkach przyprawionych cynamonem, serwowane z kluskami gotowanymi w musie owocowym, czy Schwärtlebraten – mocno wypieczona pieczeń z ponacinaną wzdłuż skórką, którą podawano z kluskami ziemniaczanymi i lekko gotowaną kiszoną kapustą bez zasmażki. Popularna była też Liegnitzer Schmorgurken – gulasz przygotowywany z baraniny lub jagnięciny z warzywami w sosie, w tym zielonymi lub kiszonymi ogórkami.
Czy „Przy Dolnośląskim Stole” to początek cyklu wydarzeń? Czy planuje Pani kolejne kulinarne podróże po historii Dolnego Śląska?
Niewykluczone, że to spotkanie będzie preludium do kolejnych poświęconych regionalnej kuchni, jednak nie chcę aż tak bardzo wybiegać w przyszłość. Jeśli czas i siły pozwolą, a mnie nadal będą otaczać tak życzliwi ludzie, prawdopodobnie wybiorę się w taką podróż.
Gdyby mogła Pani zaprosić na kolację jedną postać z historii Dolnego Śląska – kogo by Pani wybrała i co podałaby na stół?
Do stołu chciałabym zasiąść z Marią von Maltzan. Była to kobieta o silnym charakterze, która żyła na własnych zasadach i mawiała: Lepiej żyć krótko, a dobrze! Na stół podałabym drożdżówkę z cynamonową kruszonką i kawę, bo ten wypiek kochali niemal wszyscy przedwojenni mieszkańcy regionu.
Co daje Pani największą radość w Pani pracy – czy to moment odkrycia czegoś nowego w archiwum, czy może reakcja ludzi, którzy dzięki Pani opowieściom na nowo zakochują się w swoim regionie?
Możliwość opowiadania o przeszłości Dolnego Śląska i uczucia bycia słuchaną. Wtedy wiem, że moja praca ma sens. Historia łączy, bo nie ma tej dobrej czy złej, to jest w niej wspaniałe. Każdy z nas potrafi znaleźć w niej coś, co go zainteresuje i czemu będzie chciał poświęcić więcej czasu.
Dziękuję za rozmowę.












