Psycholożka z wykształcenia, zawodu i powołania. Zdobyła sławę jako „Superniania”. Dziś wciąż pomaga dzieciom i dorosłym. Dorota Zawadzka wierzy, że największe zmiany zaczynają się od rozmowy – dlatego z nią rozmawiamy, a konkretniej robi to Karolina Osińska-Marcińczyk.
Przez lata pomagała Pani tysiącom polskich rodzin – co dało Pani największą satysfakcję i co sprawia, że wciąż jest Pani aktywna?
Największą satysfakcję daje mi trwała zmiana, a nie chwilowy efekt. Program telewizyjny czy warsztat to tylko impuls, prawdziwa praca zaczyna się przecież później. Kiedy po latach spotykam „swoją nianiową” rodzinę i słyszę: „U nas nadal działa to, czego się nauczyliśmy”, wiem, że było warto. Zawsze będę im wszystkim wdzięczna, że się wtedy zdecydowali pokazać. Odczarowaliśmy polskie domy. Ogromną radość dają mi też wiadomości od dorosłych dziś osób, które jako dzieci brały udział w programie. Ci którzy piszą, pamiętają nie konkretne zasady, ale to, że ktoś potraktował ich poważnie. To dla mnie największy komplement. Aktywna jestem dlatego, że wychowanie nie przestaje być tematem społecznym. Zmieniają się czasy, technologie, tempo życia, ale potrzeba bliskości, granic i mądrego towarzyszenia dziecku pozostaje taka sama. Mam poczucie, że moje doświadczenie może być mostem między pokoleniami. Wiele się zmieniło, a przecież nic się nie zmieniło.
Jeździ Pani po całej Polsce z wykładami dla rodziców i dzieci. Jaka reakcja publiczności utkwiła Pani w pamięci najbardziej – taka, która przypomniała Pani, po co to wszystko?
Pamiętam ojca, który podczas spotkania siedział z założonymi rękami, wyraźnie sceptyczny. Pod koniec podszedł i powiedział: „Przyszedłem tu dla żony, ale to ja dziś najwięcej zrozumiałem”. To był moment, w którym zobaczyłam, jak bardzo ojcowie potrzebują przestrzeni do rozmowy o emocjach i wychowaniu. Innym razem po wykładzie podeszła do mnie mama z dorosłym już synem. Powiedziała: „Kiedyś obejrzeliśmy Pani program i to był pierwszy raz, kiedy zaczęliśmy ze sobą naprawdę rozmawiać”. A syn przytaknął. W takich chwilach czuję, że ta praca ma sens wykraczający poza pojedyncze rodziny – ona wpływa na całe relacje społeczne. Pamiętam rodziców, którzy podczas jakiegoś wakacyjnego spotkania powiedzieli głośno, że po programie przestali bić swoje dzieci. Albo pewną studentkę, która powiedziała, że zmieniło się jej dorosłe życie, bo gdy rodzice obejrzeli Supernianię, jej rodzice zaczęli inaczej traktować jej małego brata, co dało jej wolność. Mam takich historii setki. Albo więcej.
Młode pokolenie bywa oceniane bardzo surowo – czy w swojej pracy spotyka Pani powody do optymizmu jeśli chodzi o dzisiejszych nastolatków?
Widzę w nich ogromny potencjał. Dzisiejsi nastolatkowie są bardziej świadomi swoich emocji, potrafią mówić o depresji, lęku, presji. To pokolenie, które nie chce zamiatać problemów pod dywan. Często słyszę, że młodzież jest roszczeniowa czy „uzależniona od telefonów”. A ja widzę młodych ludzi, którzy funkcjonują w rzeczywistości znacznie trudniejszej niż ta sprzed 20–30 lat. Mają dostęp do nieograniczonej informacji, ale też do nieograniczonej krytyki. Powód do optymizmu? Ich wrażliwość społeczna. Reagują na hejt, walczą o prawa słabszych, chcą mieć wpływ. Jeśli dostaną mądre wsparcie nas, dorosłych mogą naprawdę zmieniać świat na lepsze. Bo my trochę bałaganu im zostawiamy.
Co w Pani opinii polscy rodzice robią dziś lepiej niż 20 lat temu – w czym widać realny postęp?
Przede wszystkim chyba przestali się wstydzić szukać pomocy. Dwadzieścia lat temu pójście do psychologa dziecięcego bywało traktowane jak porażka wychowawcza. Tak trochę wstyd. Dziś coraz częściej jest oznaką odpowiedzialności czy troski. Widzę też większą świadomość znaczenia emocji. Rodzice uczą się nazywać uczucia, tłumaczyć zasady zamiast tylko je egzekwować. Coraz rzadziej słyszę: „Bo ja tak mówię”. Postęp widać również w roli ojców. Są bardziej obecni, nie tylko jako „pomoc”, ale jako pełnoprawni opiekunowie i partnerzy w wychowaniu. To zmiana kulturowa, która ma ogromne znaczenie dla dzieci. Obecny ojciec.
Jako babcia zapewne patrzy Pani na wychowanie dzieci z zupełnie innej perspektywy. Co zmieniło się w Pani podejściu, gdy z mamy stała się Pani babcią?
Och! Jestem poczwórną babcią. Jako mama miałam poczucie, że wszystko zależy ode mnie. Byłam odpowiedzialna za rozwój, bezpieczeństwo, edukację. Za wszystko. Byłam czujna, czasem aż za bardzo. Jako babcia mam przywilej większej łagodności. Mogę pozwolić sobie na więcej cierpliwości i dystansu. Nauczyłam się też powstrzymywać od nieproszonych rad, to trudna sztuka, ale bardzo potrzebna. Wiem, że rola babci to przede wszystkim budowanie bezwarunkowej relacji. To bycie bezpieczną przystanią, a nie dodatkowym recenzentem pracy rodziców. Dobrze wychowałam synów, oni spotkali wspaniałe kobiety i żyją po swojemu. A ja patrzę i kocham. Bezbrzeżnie.
Przez całe życie zawodowe zajmowała się Pani innymi – jak sama Pani dba o swój dobrostan i równowagę?
Przez lata uczyłam innych, że nie można nalać z pustego dzbanka – sama też musiałam się tego nauczyć. Wyprowadziliśmy się z Warszawy. Mamy domek na skraju lasu. Dbam tam o odpoczynek, kontakt z naturą, ruch. Staram się chronić swój czas prywatny. Ogromne znaczenie ma dla mnie krąg bliskich ludzi, przyjaciół i rodziny, przy których mogę być po prostu sobą, a nie „Supernianią”. Uczę się też akceptować zawodowe ograniczenia. Nie zbawię wszystkich rodzin. Mogę zrobić tyle, ile potrafię najlepiej i to musi wystarczyć. Wyleczyłam się z tego, że muszę wszystkich wychować.
Jaką jedną radę – życiową, nie tylko rodzicielską – dałaby Pani naszym Czytelnikom, którzy szukają więcej radości i spokoju na co dzień?
Zwolnij. Żyjemy w kulturze pośpiechu i porównań. Ciągle ktoś jest lepszy, bardziej skuteczny, bardziej idealny. Tymczasem spokój buduje się w małych chwilach. Trzeba docenić rozmowy bez telefonu w ręku, wspólne wybuchy śmiechu, świadomy oddech. Nie czekajmy na „kiedyś”. Relacje dzieją się teraz.
Jakie plany i projekty szykuje Pani na najbliższy czas – czym wkrótce zaskoczy Pani swoich obserwatorów i czytelników?
Nadal praca. Jestem szkoleniowcem i pracuję na uczelni. Chcę rozwijać projekty edukacyjne dotyczące zdrowia psychicznego dzieci i młodzieży. To temat, który dziś wymaga szczególnej uwagi. Planuję kolejne spotkania w całej Polsce, warsztaty dla rodziców i nauczycieli, a także działania w przestrzeni online, by dotrzeć do tych, którzy nie mogą uczestniczyć osobiście. Robię kilka podcastów: „W to drugie lewo”, „Między bajką a kryzysem” i wywiady z ciekawymi ludźmi „Dorota przepytuje”. Piszę edukacyjne teksty w mediach społecznościowych. Robię webinary na YouTube. Myślę też o nowych formatach rozmów międzypokoleniowych, takich, które łączą rodziców, dziadków i młodzież przy jednym stole. Bo wierzę, że największe zmiany zaczynają się od rozmowy. I wzajemnego zrozumienia.
Dziękuję za rozmowę.
Fot. użyczone












