Jest wielkim miłośnikiem rajdów samochodowych i autorem książki, która łączy w sobie elementy kryminału, sensacji, thrillera, nawiązując tematyką do świata wyścigów. Występuje jako ekspert rajdów, często promując wydarzenia związane z motosportem w regionie Dolnego Śląska. O simracingu, Szybkich i Wściekłych oraz adrenalinie Agnieszka Góralczyk rozmawia z Jakubem Presem.
Książka „Street Racer” to historia osadzona w świecie nielegalnych wyścigów samochodowych – pasjonują Pana?
JP: Jakby mnie nie pasjonowały, to nie napisałbym o nich. Wsiąknąłem w świat Street Racingu wraz z serią gier Need For Speed, a konkretnie częścią Underground 1. Do dziś zresztą pogrywam w Need For Speed, niezależnie czy mówimy o najnowszych edycjach, czy o klasycznych wersjach, jak Most Wanted czy Carbon
Skąd wziął się pomysł na osadzenie akcji w Kanadzie? Czy to środowisko wyścigowe różni się znacząco od polskiej sceny?
JP: Tylko na samym początku akcja dzieje się w Kanadzie, konkretnie w mieście Shawinigan. Już w prologu główny bohater wyjeżdża do Stanów Zjednoczonych do stanu Maine, konkretnie do fikcyjnego miasta Quittanen, co w wolnym tłumaczeniu z niemieckiego oznacza „kwitajny”. Jest nawet taka osada w Polsce. Jeżeli chodzi o scenę street racingową – nie odpowiem Pani na to pytanie. Tutaj uderzę się w pierś – na papier przelałem moje wyobrażenie o nielegalnych ulicznych wyścigach.
Czy postać głównego bohatera ma swój rzeczywisty odpowiednik w świecie street racingu?
JP: W street racingu nie, bo ja się nie ścigam. Tak – głównego bohatera wzorowałem na sobie i pewnie wyjdę na narcyza, wiem, ale mniej więcej w 1/3 książki zorientowałem się, że Jacques prezentuje zachowanie i cechy, które sam chciałbym posiadać. Był on wręcz zbyt dobry, dlatego żeby nie robić z niego człowieka idealnego, zrobiłem z niego trochę głupka i upartego osła oraz człowieka lekkomyślnego – to z kolei moje główne wady, ale wciąż – główny bohater, który dostał zresztą imię po mnie, jest postacią, którą trochę chciałbym być.
Jakie samochody są dla Pana „ikonami”, które musiały pojawić się w książce?
JP: Wydaje mi się, że wszystkie ikoniczne samochody, które chciałem umieścić w książce, pojawiły się w niej. Być może zabrakło Audi R8 i BMW M3-GTR, co szczególnie w przypadku BMW byłoby jasnym nawiązaniem do serii Need For Speed. Już w przedmowie jednak nie ukrywam, że uwielbiam tę serię gier. Spośród samochodów, które planowałem umieścić w książce tak, by miały sens, chyba nie zabrakło żadnego. Pamiętajmy, że wydarzenia z książki dzieją się w 2017 r., a kończyłem ją tworzyć w 2020, więc pod koniec musiałem pamiętać, żeby przypadkiem nie pisać o modelach, które jeszcze nie ujrzały światła dziennego.
Gdzie leży granica między pasją do adrenaliny, a czystą brawurą? Książka pokazuje mroczne strony street racingu, jak Pan osobiście ocenia ten balans?
JP: Pokazuje na pewno moje wyobrażenia jak to może wyglądać. Głównie opierałem się jednak na grach i kinematografii. Granica na pewno leży w legalności – pasję do adrenaliny, jak Pani to nazwała, można spełniać zupełnie legalnie. Inna sprawa, że rajdy oraz wyścigi na torze trochę kosztują. Brawura natomiast zaczyna się wtedy, gdy próbujemy ścigać się za wszelką cenę i wszędzie. Powiedziałbym, że brawura zaczyna się tam, gdzie kończy się zdrowy rozsądek – nie tylko w wyścigach, ale podczas normalnej jazdy samochodem.
Na ile obraz nielegalnych wyścigów przedstawiony w książce pokrywa się z popkulturowym wizerunkiem znanym np. z serii Szybcy i wściekli?
JP: Zabawne jest to, że nie chciałem kreować świata zbyt podobnego do Szybkich i Wściekłych, a mimo to chyba mi nie wyszło. Szczególnie widać to pod koniec pierwszej połowy książki na turnieju drifterskim, gdzie oprócz tego typu zmagań, bohaterowie ścigają się na górze Cadillaca, a wyścig na przełęczach to domena japońskiego street racingu – coś, co poznaliśmy w filmie Tokyo Drift. To był jednak okres, kiedy nie wzorowałem się na 3 części sagi Szybcy i Wściekli, a trafiłem na anime Initial D, w którym wyścigi uliczne odbywały się właśnie na górskich przełęczach. Podsumowując – nie potrafię tego określić. Za dużo czasu minęło, odkąd ostatni raz oglądałem którąkolwiek z części Fast and Furious, ale generalnie nie starałem się wzorować swojego świata na tym, które dało nam to uniwersum. Czy wyszło? To już niech ocenią inni.
Gdyby mógł Pan usiąść za kierownicą dowolnego auta z Pana książki, które by to było i dlaczego?
JP: Odpowiedź jest banalnie prosta, bo jest to samochód głównego bohatera – Mazda Miata MX-5 NB, w której zakochałem się poprzez Need For Speed Underground 1. Pomijając jednak ten wybór, na pewno chciałbym usiąść za kierownicą Mazdy RX-7 oraz Hondy S2000. Dodałbym do tego Subaru Imprezę WRX oraz Mitsubishi Lancera, niezależnie której generacji, ale te trzy pierwsze wozy stoją na czele moich marzeń
Współpracował Pan z ProMasters League przy wydarzeniach simracingowych – czy Pana zdaniem wirtualne wyścigi to dobra szkoła dla przyszłych kierowców?
JP: Naprawdę podziwiam, że dokopała się Pani do eventu „Sim Racer” z początku 2021r. Chciałbym być tego najlepszym przykładem, bo sam brałem udział w zawodach simracingowych, ale uważam, że absolutnie tak. Część kierowców z simracingu, jak Cem Bolukbasi z Turcji czy Marcel Keifer z Niemiec to uczestnicy F1 E-sport Series, a obecnie próbują swoich sił na realnych torach. Bolukbasi trafił nawet do Formuły 2 w 2022 r., czyli przedsionka Formuły 1, a rok temu wziął udział w 24 godzinnym wyścigu Le Mans i od trzech lat ściga się w wyścigach długodystansowych. Sam Max Verstappen – czterokrotny mistrz świata F1, rok temu na legendarnym niemieckim torze Nurbrugring wystartował w wyścigu endurance z Chrisem Lulhamem, który od 16 roku życia bierze udział w zawodach simracingowych. Oczywiście simracing nie zastąpi treningu na torze, ale nawet kierowcy Formuły 1 od wielu lat są przyzwyczajeni do korzystania z wirtualnego świata jako środek przygotowywania się do wyścigów. Służą im do tego symulatory, na których w siedzibach swoich zespołów trenują przed następnymi wyścigami. Wszystko to przez bardzo mocno ograniczoną możliwość testowania swoich samochodów poza weekendami wyścigowymi, która obecnie w zasadzie ogranicza się tylko do kilku dni wspólnych zimowych sesji oraz testów opon pirelii – dostawcy opon.
Komentuje Pan wyścigi samochodowe?
JP: Oczywiście i to nie tylko wyścigi, ale póki co bardziej w formie radiowej. Na kanale youtube Żyjemy Sportem miałem możliwość skomentowania konkursu olimpijskiego skoków narciarskich na dużej skoczni w Predazzo, w trakcie którego Kacper Tomasiak zdobył brązowy medal. Zawdzięczam to w zasadzie tylko i wyłącznie Janowi Olczakowi, którego bardzo serdecznie pozdrawiam z tego miejsca. To on zaproponował w redakcji Żyjemy Sportem, żebym dołączył do niego na konkurs na dużej skoczni, a że wypadłem dobrze w trakcie tego konkursu, zostałem na stałe i m.in. skomentowałem już zawody tegorocznego Pucharu Świata w Oslo oraz na Kulm. Co do wyścigów – moja przygoda za mikrofonem zaczęła się od simracingu i trwa już 6 lat. Najbardziej intensywna była w latach 2022-2023, gdy przez trzy sezony dla Ścigałka Online League komentowałem wyścigi niższych dywizji na oficjalnej grze F1 od EA Sports oraz byłem ekspertem, a także hostem studia wyścigowego najwyższej dywizji. Niestety – SOL po 2024 r., gdy organizowaliśmy jeszcze wyścigi długodystansowe, zawiesił swoją działalność, a ja przeniosłem swoje talenty do Wojol Racing League, gdzie funkcjonuje do dziś. W dniach 10-12 kwietnia, z poznańskiego centrum simracingowego SIM-CENTER organizujemy wirtualny, 24-godzinny wyścig na torze Daytona International Speedway, który będzie transmitowany na kanale Twitch Wojol Racing. Od roku z kolei na kanale youtube Kontra, w formie radiowej komentuje realną Formułę 1 oraz serie juniorskie z udziałem Polaków, t.j. Maciek Gładysz, Roman Biliński i Tymek Kucharczyk. Jedna z rolek z moim komentarzem przekroczyła nawet 700 tysięcy wyświetleń, choć to głównie zasługa Tymka, którego mistrzostwo w Euro Formule Open, właśnie w Kontrze, miałem zaszczyt skomentować. Swoją drogą – obecność w Kontrze również zawdzięczam przede wszystkim Jankowi!
Skąd u Pana tak ogromne zamiłowanie do wyścigów?
JP: Odpowiedź jest prosta – Kubicomania. Oczywiście zaczęło się od gier, jak Need For Speed, Colin McRae Rally, ale to występy Roberta Kubicy w Formule Jeden wzbudziły we mnie pierwszą miłość do wyścigów, mimo że miałem niespełna 10 lat, gdy Robert omal nie zginął w wyniku wypadku w Ronde di Andora. Po Robercie nie odszedłem z F1, a znalazłem sobie nowego idola – Sebastiana Vettela, który w 2011 r. był na fali wznoszącej. Zdobył wtedy zresztą swój drugi z czterech mistrzowskich tytułów w F1. Byłem kibicem sukcesu – nie będę kłamał, ale bardzo odpowiadał mi styl Sebastiana. Zresztą – w simracingu funkcjonuje jako „Vettel23” (23 to moja ulubiona liczba).
Chciałby Pan się kiedyś ścigać?
JP: Już zahaczyłem o temat simracingu, więc go kontynuuję. Byłem aktywny w latach 2012-2022. Można mnie nazywać już dinozaurem świata simracingowego i do 2019 r., nieskromnie powiem, że byłem nawet jednym z szybszych graczy, ALE – tutaj trzeba postawić gwiazdkę. Na polskim podwórku i tylko na oficjalnej grze F1. Najlepszą ligą w Polsce do 2019 r., była Virtual Racing League, w której zdobyłem wicemistrzostwo w sezonie 7 (2017 rok) i trzecie miejsce w sezonie 9 (2019 rok). Co zaś się tyczy rzeczywistych wyścigów – pewnie, że chciałbym się kiedyś ścigać, ale raczej nie będzie to możliwe. Szczególnie, że więcej mam do zaoferowania za mikrofonem.
Czy Dolny Śląsk obfituje Pana zdaniem w imprezy związane z motosportem?
JP: Oczywiście, ale bardziej pod rajdy i eventy okolicznościowe. Mamy przecież rajd Tarmac Masters w gminie Nowa Ruda, Rajd świdnicki, czy dolnośląski rajd legend. Wyścigów jednak brakuje, ale nic dziwnego, skoro jedynym torem jest Tor Krzywa, który ma długość mniej więcej 2 kilometrów. Problem z torami wyścigowymi dotyczy jednak całej Polski. Najbardziej godnym uwagi obiektem wyścigowym w naszym kraju jest Tor Poznań, który na przełomie lat 70 i 80 był nawet bardzo bliski wejścia do F1, ale niezbędnego wsparcia nie udzielił wówczas rząd. Póki co Polska to kraj rajdowy i nic w tym dziwnego, bo mamy w nim piękne tradycje. Zauważam zmianę w tym aspekcie, ale następuje ona bardzo powoli. Wciąż można się spotkać, że ludzie na wyścigi mówią „rajdy” i generalnie wszystko co związane z motorsportem określają mianem „rajdu”.
Polski czy amerykański świat wyścigów bardziej Pana kręci? Jaka jest między nimi różnica?
JP: Jeżeli mówimy o organizacji legalnych wyścigów, to Polska na tej mapie nie istnieje. Mamy wielkie talenty, jak Tymek Kucharczyk, Roman Biliński, Maciej Gładysz czy Kacper Sztuka. Wciąż w wyścigach długodystansowych zachwyca Robert Kubica, ale pod względem serii wyścigowych u nas jest biednie. W Stanach za to na odwrót – jest IndyCar (amerykańskie F1), Nascar, IMSA, czyli amerykański odpowiednik Długodystansowych Mistrzostw Świata, ale Ameryce brakuje kierowcy, który przebiłby się w Europie. Był kilka lat temu Logan Sargeant, ale okazał się za słaby na Formułę 1. Obecnie próbuje Colton Herta, który w tym roku startuje w Formule 2, ale szczerze mówiąc – żaden z amerykańskich zawodników nie grzeje obecnie europejskich fanów, tyczy się to też Herty. On nawet u siebie w Indycar nie był wiodącą postacią w ostatnich latach.

Dziękuję za rozmowę
Foto: użyczone












Jeden komentarz
dobrze jest pozdrawiam lubie filmy na kanale Kontra