Strona główna / Wywiady / Dym, eliksiry i sekrety dawnych laboratoriów. Alchemik z Wielunia o swojej pasji i kamieniu filozofów

Dym, eliksiry i sekrety dawnych laboratoriów. Alchemik z Wielunia o swojej pasji i kamieniu filozofów

„Kiedy wszystko się udaje i z kotła wyjmuję bryłkę złota powstałego ze zwykłej skały, nawet najbardziej sceptyczni widzowie zaczynają się zastanawiać, czy aby na pewno znają wszystkie prawa rządzące światem” – śmieje się Bogusław Kurzyński, znany jako Alchemik Bogusław z Wielunia. Bo kiedy on otwiera drzwi do swojego niezwykłego laboratorium dzieje się magia. A kiedy zrzuca elegancki garnitur, pakuje do bagażnika probówki, ciężkie kotły oraz repliki dawnych naczyń i rusza w trasę po polskich zamkach wiadomo, że opowieści o kamieniu filozoficznym ożyją. Jak wygląda egzamin wstępny na Średniowieczny Uniwersytet Alchemii i Sztuk Tajemnych? Czy ołów rzeczywiście można zamienić w złoto i czym jest „Smoczy bączek”? M.in. o to Agnieszka Góralczyk pyta najsłynniejszego wieluńskiego alchemika naszych czasów.

Jak wyglądał egzamin wstępny na Średniowieczny Uniwersytet Alchemii i Sztuk Tajemnych?

BK: Był absolutnie wyjątkowy. Obejmował zarówno część teoretyczną, jak i praktyczną. W dzisiejszym rozumieniu podziału dyscyplin naukowych kandydat musiał wykazać się wiedzą z zakresu biologii, geologii, medycyny, chemii, fizyki, astronomii i… astrologii. Każdy adept sztuk tajemnych musiał przeczytać wiele wskazanych ksiąg, a najtrudniejsza była część praktyczna, podczas której trzeba było przeprowadzić szereg eksperymentów. Niektóre z nich wymagały naprawdę dużej wiedzy, cierpliwości i odwagi. Nieliczni zdołali przebrnąć przez cały egzamin.

Dlaczego na swoją siedzibę wybrał Pan Wieluń?

BK: Po prostu tu się urodziłem i spędziłem większą część swojego życia. A Wieluń ma w sobie coś, co bardzo odpowiada alchemikowi. To przecież królewskie średniowieczne miasto, z bogatą historią i zachowanymi śladami dawnych czasów. Być może w przeszłości na wieluńskim zamku rzeczywiście działała jakaś pracownia alchemiczna. Nie znalazłem na to żadnych dokumentów, ale… kto wie? W alchemii nie wszystko przecież zostało jeszcze odkryte.

Czym różni się praca dawnego alchemika od pracy współczesnego chemika?

BK: Różnic jest bardzo wiele – począwszy od wyposażenia pracowni, przez zakres prowadzonych badań, aż po ogromną różnicę w wiedzy o świecie i prawach, które nim rządzą. Dawny alchemik próbował jednocześnie być badaczem, filozofem, lekarzem, astrologiem, a czasem także… magiem. Niektórzy rzeczywiście zajmowali się magią, również tą określaną jako czarna. Współczesny chemik ma za to coś, czego dawnym alchemikom bardzo brakowało – ogromny zasób wiedzy naukowej i precyzyjne metody badawcze.

Alchemik Bogusław to tylko sceniczna postać, czy jest w nim coś z prawdziwego średniowiecznego alchemika?

BK: Myślę, że trochę jedno i drugie. Oczywiście nie chodzę na co dzień w alchemicznym stroju i nie próbuję zamieniać ołowiu w złoto przy śniadaniu. Ale w Alchemiku jest sporo ze mnie – przede wszystkim ciekawość świata, zamiłowanie do eksperymentowania i przekonanie, że warto ciągle zadawać pytania. Kostium, rekwizyty i teatralna opowieść pomagają przenieść widzów do innej epoki, ale pod spodem jest coś bardzo prawdziwego. Chcę pokazywać, że poznawanie świata może być fascynującą przygodą. A to chyba jest coś, co łączy współczesnego nauczyciela z dawnym alchemikiem – obaj ciągle pytają: „A co się stanie, jeśli…?”.

Jak wyglądają Pana pokazy – jaka magia alchemii podczas nich się dzieje?

BK: Moje pokazy są przeznaczone dla publiczności w różnym wieku. Staram się łączyć rzetelną wiedzę historyczną z odpowiednią dawką wyobraźni, humoru i teatralnej opowieści. Pokazuję historyczne rekwizyty i opowiadam o dawnych alchemikach, ale jednocześnie snuję historie o niezwykłych eliksirach, smoczych tajemnicach i eksperymentach, których wyniki widzowie mogą zobaczyć na własne oczy. Szczególnie lubię angażować publiczność. Z widzów wybieram moich asystentów, którzy pomagają mi przy kolejnych próbach transmutacji. I właśnie wtedy zaczyna się prawdziwa zabawa – bo nigdy nie wiadomo, co może się wydarzyć.

Jaki eksperyment podczas pokazów wywołuje największy szok, a jaki zachwyt?

BK: Największy szok wywołuje chyba konieczność zdobycia krwi bazyliszka. Na szczęście bazyliszka trudno dzisiaj znaleźć, więc ostatecznie musi ją zastąpić… krew najodważniejszego z widzów, najczęściej któregoś z dzieciaków. A zachwyt? Zdecydowanie ostatnia próba transmutacji. Kiedy wszystko się udaje i z kotła wyjmuję bryłkę złota powstałego ze zwykłej skały, nawet najbardziej sceptyczni widzowie zaczynają się zastanawiać, czy aby na pewno znają wszystkie prawa rządzące światem.

W cieniu wieluńskich zabytków da się wyczuć ducha dawnych wieków i zapomnianych mistrzów?

BK: Oj tak! I można go nie tylko wyczuć, ale nawet spróbować spotkać. W ubiegłym roku zorganizowałem dla uczniów średniowieczną grę miejską „Poszukiwanie złota alchemika”. Było tam mnóstwo średniowiecznych aktywności: strzelanie z łuku, chodzenie na szczudłach, gry plebejskie, szycie skórzanych sakiewek, pisanie gęsimi piórami „średniowiecznych SMS-ów” czy lepienie naczyń z gliny. Można było również zwiedzić Basztę Męczarnię – dawną siedzibę kata. Przyznam, że niejeden średniowieczny duch był tam wyczuwalny. A tak naprawdę wystarczy uruchomić wyobraźnię. Wśród wieluńskich zabytków można przenieść się o kilkaset lat wstecz i przeżyć naprawdę fantastyczną przygodę.

Jaka jest legenda o Wieluniu, w którą mało kto wierzy, a która ma w sobie ziarnko prawdy?

BK: Najbardziej podoba mi się chyba ta, której nie da się ani potwierdzić, ani całkowicie wykluczyć – że w średniowiecznym Wieluniu mogli pojawiać się ludzie zajmujący się alchemią i sztukami tajemnymi. Nie mamy dowodu na istnienie wielkiej wieluńskiej pracowni alchemicznej. Ale Wieluń był ważnym średniowiecznym miastem, leżał na szlakach handlowych, a przez takie miejsca zawsze przewijali się uczeni, kupcy, medycy, rzemieślnicy i różnego rodzaju wędrowcy. A skoro byli ludzie, którzy szukali sposobu na przemianę ołowiu w złoto, eliksiru długowieczności czy kamienia filozoficznego, to dlaczego któryś z nich nie miałby trafić właśnie tutaj? Tego nie wiemy. A właśnie takie niewyjaśnione historie są dla alchemika najbardziej interesujące.

Alchemia to bardziej nauka, sztuka czy czysta magia?

BK: Zdecydowanie przede wszystkim próba poznania świata, choć oczywiście alchemia była czymś znacznie bardziej skomplikowanym niż dzisiejsza nauka. Alchemicy eksperymentowali, obserwowali, zapisywali wyniki i próbowali odkrywać prawa rządzące materią. Jednocześnie wielu z nich wierzyło w rzeczy, które dzisiaj uznalibyśmy za magię. Była też sztuka – i to w bardzo dosłownym znaczeniu. Alchemik musiał być trochę aktorem, trochę gawędziarzem i czasem nawet iluzjonistą. Niektórzy potrafili bardzo przekonująco sprzedawać ludziom cudowne leki, eliksiry, talizmany czy sekrety magicznych przemian. Byli po prostu oszustami żerującymi na ludzkiej naiwności. Co ciekawe, i dzisiaj nie brakuje ludzi, którzy obiecują cudowne rezultaty za odpowiednią opłatą. Zmieniły się tylko narzędzia i język.

Jak na Pana pokazy, połączone z magią i nauką, reagują najmłodsi, a jak dorośli – czy dzisiejszy świat jest jeszcze ciekaw tajemnic?

BK: I tu mam bardzo ciekawe obserwacje. Okazuje się, że zarówno dzieci, jak i dorośli świetnie bawią się podczas pokazów. Starając się połączyć wiedzę z rozrywką, bardzo lubię obserwować reakcje publiczności: uśmiech, śmiech, zaskoczenie, pytania, a czasami także sytuacje, w których widzowie przejmują inicjatywę i kierują pokaz w zupełnie niezamierzonym kierunku. Dlatego nie ma dwóch takich samych pokazów. Ale najlepsze są dzieci! To niesamowite, z jaką powagą traktują swoje zadania asystentów, jaką mają wiedzę i jak bardzo potrafią „wkręcić się” w cały średniowieczny spektakl. Często po pokazie zostają, zadają kolejne pytania i chcą jeszcze coś eksperymentować. Jednym z hitów jest sproszkowany „smoczy bączek” – oczywiście mój alchemiczny składnik o niezwykłej mocy. Wywołuje mnóstwo śmiechu i niemal zawsze pojawia się prośba: „A można jeszcze raz?!”. A jeśli chodzi o tajemnice, jestem przekonany, że człowiek nigdy nie przestanie być ciekawy świata – zarówno tego, który już minął, jak i tego, który dopiero nadejdzie. Wynalazki były, są i będą ekscytujące.

Średniowieczny alchemik może pracować sam? Kto pomaga Panu w alchemicznych eksperymentach?

BK: Zdecydowanie nie! Dobry alchemik potrzebuje pomocników, zwłaszcza kiedy trzeba pilnować kotła, przygotować składniki albo zdobyć coś naprawdę niezwykłego. Podczas moich pokazów najważniejszymi pomocnikami są oczywiście widzowie, a szczególnie dzieci. To właśnie one zostają moimi asystentami przy eksperymentach i pomagają zdobyć dodatkową moc potrzebną do transmutacji. Ale mój świat alchemiczny ma również innych bohaterów. Jest w nim między innymi błazen Pieron, który ma własne pomysły na to, jak pomagać Alchemikowi – nie zawsze zresztą zgodne z moimi. Jest też zielarka, która zna się na ziołach, miksturach i tajemnicach natury. W średniowiecznym świecie każdy ma swoją rolę. Alchemik może znać tajemnice przemiany materii, ale czasami potrzebuje kogoś, kto zna się na roślinach, ktoś inny potrafi rozbawić publiczność, a jeszcze ktoś musi po prostu pilnować, żeby smok nie uciekł z pracowni.

Jakie były tajniki dawnej pracy alchemika w Wieluniu?

BK: Gdybym znał wszystkie, pewnie musiałbym je bardzo dobrze zabezpieczyć! Największą tajemnicą alchemików była umiejętność obserwowania tego, czego inni nie dostrzegali. Dla nich zwykły kamień, roślina, metal czy popiół mógł być początkiem wielkiego odkrycia. Podczas moich pokazów staram się pokazać właśnie tę fascynację materią. Alchemik nie wyrzucał niczego bez zastanowienia. Badał, mieszał, podgrzewał, destylował, obserwował zmiany i próbował zrozumieć, co właściwie dzieje się przed jego oczami. Może właśnie dlatego alchemia jest tak fascynująca również dzisiaj – zaczyna się od prostego pytania: „A co się stanie, jeśli…?”.

Jaki najdziwniejszy składnik musiał Pan zdobyć do swojego „wywaru”?

BK: Może wymienię dwa. Pierwszy to sproszkowany smoczy pazur, a drugi – oczywiście – sproszkowany smoczy bączek! Ten ostatni powstał właściwie przypadkiem, podczas jednego z pokazów. Rezolutny chłopiec zapytał mnie: „A co to jest ten czarny proszek?”. Musiałem natychmiast wymyślić odpowiedź. Tak powstała historia o „smoczym bączku” i ostatnim żyjącym na Ziemi smoku, którego pokonał dzielny rycerz Mirosław w Górach Atlas w Maroku. Od tamtej pory smoczy bączek na dobre wszedł do mojego alchemicznego repertuaru. To chyba najlepszy dowód na to, że podczas pokazu również publiczność współtworzy historię.

Co jest najtrudniejsze w bezpiecznym prowadzeniu ogniowych i dymnych pokazów?

BK: Najtrudniejsze jest jak zwykle zachowanie umiaru, czyli odpowiednie dawkowanie „proszków mocy”. W pokazach wykorzystuję ogień, dym i reakcje chemiczne, dlatego bezpieczeństwo zawsze jest najważniejsze. Wszystko musi być wcześniej przygotowane i przemyślane, a eksperymenty wykonywane w odpowiednich warunkach. Na szczęście przez wszystkie lata prowadzenia pokazów nie zdarzył mi się żaden wypadek. A jeśli chodzi o temperaturę pod kotłem… powiem tylko, że nawet skały zaczynają się wtedy zastanawiać nad swoim dalszym losem.

Udało się już Panu zamienić ołów w złoto?

BK: Oczywiście! Na każdym pokazie mi się udaje. Tylko że mam pewien sekret. Nie potrafię dokonać transmutacji bez pomocy publiczności. Potrzebuję dodatkowej mocy – szczególnie tej, którą mają dzieci. I wygląda na to, że ich energia jest wystarczająca, bo złoto pojawia się regularnie.

Skąd czerpie Pan inspiracje do tworzenia nowych receptur na swoje widowiska?

BK: Sporo czytam książek historycznych, ale później nakładam na to własną wyobraźnię i pewną łatwość wymyślania historii. Chyba nauczyłem się tego jako tata trzech córek. Przez wiele lat byłem rodzinnym „wymyślaczem bajek”. Każdego dnia każda z córek mogła zażyczyć sobie opowieści o czymkolwiek – a ja musiałem ją wymyślić. Śmialiśmy się czasem, że kiedyś, na emeryturze, wszystkie te historie spiszę. Emerytura już za dwa lata, więc… może rzeczywiście najwyższy czas zacząć.

Gdyby mógł Pan znaleźć prawdziwy kamień filozoficzny, czego chciałby Pan od niego?

BK: To bardzo trudne pytanie. Dawny alchemik pewnie poprosiłby o możliwość przemiany dowolnego metalu w złoto albo o eliksir długiego życia. Ja chyba poprosiłbym o coś innego – o jeszcze większą ciekawość świata. Bo kiedy się nad tym zastanowić, kamień filozoficzny nie musi być przecież kawałkiem magicznej substancji. Może być symbolem czegoś, co pozwala człowiekowi ciągle odkrywać, zadawać pytania i patrzeć na rzeczywistość z zachwytem. A jeśli dzięki niemu można byłoby jeszcze sprawić, żeby ludzie nigdy nie stracili ciekawości świata – wtedy rzeczywiście byłby to kamień filozoficzny wart znalezienia. Bo być może największą alchemią nie jest zamiana ołowiu w złoto, ale zamiana zwykłego spotkania w niezwykłą przygodę, niewiedzy w ciekawość, a ciekawości w wiedzę.

Dziękuję za rozmowę

Tagi:

Zostaw odpowiedź

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *