„Można tu przyjść po książkę, na spotkanie, wystawę, warsztaty, a czasem po prostu odpocząć. I jeśli czytelnicy zachwycają się fotelami do masażu, to traktuję to jako bardzo dobry znak – biblioteka stała się miejscem, w którym ludzie naprawdę czują się u siebie” – ocenia Sławomir Drogoś, który od blisko dwóch dekad kieruje Miejską Publiczną Biblioteką w Nowej Rudzie, udowadniając, że biblioteka w XXI wieku to znacznie więcej niż tylko regały pełne książek, a w murach dawnego browaru warzy się dziś kulturalne serce regionu. Noworudzka biblioteka pod wodzą Sławomira Drogosia stała się miejscem, gdzie historia dolnośląskiego drukarstwa spotyka się z literackim Noblem Olgi Tokarczuk. W rozmowie z Agnieszką Góralczyk, dyrektor opowiada m.in. o tym, jak sprawił, że biblioteka stała się jedną z najbardziej aktywnych instytucji kultury w regionie.
Jak przez lata zmieniła się rola Miejskiej Biblioteki Publicznej w Nowej Rudzie z tradycyjnej wypożyczalni w nowoczesne centrum lokalnej społeczności?
SD: Myślę, że najważniejsza zmiana polega na tym, że biblioteka nie jest już miejscem, do którego przychodzi się wyłącznie po książkę. Oczywiście książka jako taka niezależnie od nośnika nadal jest jej fundamentem – i nie chciałbym, żebyśmy o tym zapominali. Od lat zmienia się natomiast to, co dzieje się wokół niej. Biblioteka obecnie jest miejscem spotkania, rozmowy, uczestnictwa w kulturze i zdobywania wiedzy. Organizujemy spotkania autorskie, wystawy, warsztaty, zajęcia dla dzieci i młodzieży czy działania związane z lokalną historią i kulturą. Chcemy żeby biblioteka była dostępna dla różnych grup mieszkańców – także tych, którzy niekoniecznie przychodzą do nas po książkę. Pracownicy biblioteki na co dzień starają się aby to miejsce łączyło ludzi. W pewnym sensie biblioteka stała się więc bardziej otwarta. Szczególnie w niewielkim mieście ma to znaczenie. Biblioteka może być jednym z tych miejsc, które budują lokalną wspólnotę – pozwalają się spotkać ludziom o różnych zainteresowaniach, w różnym wieku i z różnych środowisk. Korzystamy też z narzędzi cyfrowych, rozwijamy swoją obecność w Internecie. Zrealizowaliśmy niedawno ważne projekty związane z dostępnością oraz ekologią. Przystępujemy teraz do projektu związanego z digitalizacją wielu naszych najcenniejszych zbiorów. Nadal jesteśmy miejscem książki, ale chcemy być również miejscem ludzi. I chyba właśnie ta druga część jest dzisiaj największym wyzwaniem, ale też największą wartością biblioteki.
Z jakimi wyzwaniami mierzy się instytucja kultury w mniejszym mieście i jak udaje się Wam przyciągać nowych czytelników?
SD: Jednym z podstawowych wyzwań jest oczywiście konkurencja o czas i uwagę mieszkańców. Dotyczy to zresztą nie tylko biblioteki ale wszystkich instytucji kultury. Dzisiaj człowiek ma ogromną liczbę możliwości spędzania wolnego czasu, a telefon i Internet dają mu dostęp do niemal nieograniczonej ilości treści. Biblioteka musi więc znaleźć odpowiedź na pytanie: dlaczego warto przyjść właśnie tutaj? W mniejszym mieście mamy jednak pewną przewagę – jesteśmy bliżej ludzi. Łatwiej nam poznać potrzeby lokalnej społeczności, łatwiej nam nawiązać bezpośredni kontakt. Spotkać się przy kawie i ciastkach. Porozmawiać o tym co powinniśmy zrobić lepiej, jakie są oczekiwania. Ważne dla wszystkich pracowników jest to, żeby człowiek, który przychodzi do biblioteki po raz pierwszy, miał powód, żeby wrócić. Czasami tym powodem jest dobra książka, czasami interesujące spotkanie, a czasami po prostu atmosfera tego miejsca. Po latach pracy w bibliotece przestałem wierzyć, że bibliotekę można „unowocześnić” wyłącznie poprzez nowe technologie czy efektowne wydarzenia. Nowoczesna biblioteka to przede wszystkim taka, która rozumie, że zmieniają się jej użytkownicy i ich potrzeby, ale jednocześnie nie traci z oczu tego, po co właściwie istnieje. A tym, czymś nadal jest kontakt człowieka z książką, wiedzą, kulturą i drugim człowiekiem.
Jak ocenia pan współpracę Nowej Rudy z inicjatywami takimi jak Festiwal Góry Literatury?
SD: Oceniam tę współpracę bardzo dobrze, przede wszystkim dlatego, że Góry Literatury świetnie wpisują się w to i właściwie wyrastają z tego, co od lat staramy się robić w Nowej Rudzie. Współpracujemy z festiwalem na „polu poezji”, że tak się wyrażę. Co roku w naszej czytelni pojawiają się poetki i poeci. Festiwal daje możliwość kontaktu z literaturą także mieszkańcom, którzy na co dzień niekoniecznie uczestniczą w tego typu wydarzeniach. Myślę, że dużą wartością jest również to, że dzięki festiwalowi Nowa Ruda pojawia się w szerszym obiegu kulturalnym. Pokazuje, że ważne wydarzenia literackie nie muszą koncentrować się wyłącznie w największych miastach. Małe miasta również mogą być miejscem powstawania i prezentowania rzeczy ważnych.
Co dla Pana – jako mieszkańca i szefa instytucji w Nowej Rudzie – oznacza dziedzictwo historyczne tego regionu?
SD: Dla mnie dziedzictwo Nowej Rudy to przede wszystkim pamięć o miejscu i o ludziach, którzy przez wieki je tworzyli. I chyba właśnie dlatego patrzę na nie szerzej niż tylko przez pryzmat zabytków. Oczywiście mamy piękną architekturę, stare domy, kościoły, ratusz czy pozostałości przemysłowej historii miasta. Ale za tym wszystkim kryją się ludzkie historie, język, obyczaje, praca, konflikty, migracje i zmiany, które ukształtowały dzisiejszą Nową Rudę. To jest zresztą bardzo charakterystyczne dla tego regionu. Przed 1945 rokiem była to społeczność w dużej mierze niemiecka, wcześniej silnie związana również z czeską historią Śląska i Ziemi Kłodzkiej. Po wojnie pojawili się tutaj ludzie przybywający z różnych części Polski i Europy. Powstała więc nowa społeczność, która musiała w pewnym sensie zbudować swoją więź z miejscem, które miało już własną, wielowiekową historię. Ja osiedliłem się tutaj w 2004 roku i już jako dorosły człowiek zacząłem tworzyć swoją więź z tym miejscem. To takie wspólne doświadczenie z tymi, których historia tutaj przywiodła. Mnie przywiodła moja własna historia. Stopiłem się z tym miejscem, stało się ono częścią mojej tożsamości. Tutaj znalazłem swoje miejsce na ziemi, tutaj założyłem rodzinę. Stałem się częścią historii Nowej Rudy, choćby poprzez kierowanie ważną instytucją już prawie 20 lat. Poznaję pasjonatów, którzy próbują odzyskać zapomnianych ludzi, wydarzenia. Właśnie zapoznaję się z projektem Witolda Telusa, który rozpoczął pisanie na nowo historii Nowej Rudy po 1946 r. Bardzo mocno kibicuję temu przedsięwzięciu. Mam nadzieję, że ta żmudna, „benedyktyńska” wręcz praca przyniesie korzyści. My jako biblioteka od lat gromadzimy zbiory regionalne, dokumentujemy lokalną historię i popularyzujemy twórców związanych z Nową Rudą. Nie chodzi jednak tylko o przechowywanie przeszłości. Chodzi o to, żeby tę przeszłość opowiadać kolejnym pokoleniom i pozwolić im samodzielnie ją odkrywać. Bo dziedzictwo ma sens dopiero wtedy, kiedy jest żywe. Jeśli młody człowiek potrafi spojrzeć na stary budynek i pomyśleć: „ciekawe, kto tutaj mieszkał sto lat temu?”, to znaczy, że ta historia nadal działa. I chyba właśnie o to chodzi – żeby przeszłość nie była muzealnym eksponatem, ale częścią naszego rozumienia miejsca, w którym żyjemy.
W jaki sposób biblioteka włącza się w zachowanie i popularyzację pamięci o przeszłości Nowej Rudy oraz dawnych mieszkańcach?
SD: Biblioteka ma w tym obszarze szczególną odpowiedzialność, ponieważ pamięć lokalna bardzo łatwo może zniknąć, jeśli nie zostanie utrwalona. Od 1970 roku systematycznie gromadzimy i opracowujemy zbiory regionalne. Są wśród nich książki, czasopisma, dokumenty i materiały dotyczące Nowej Rudy i okolic. To często rzeczy, które w innym miejscu mogłyby zostać po prostu wyrzucone albo zapomniane. Wspomniałem o projekcie digitalizacji zbiorów bibliotecznych. Przygotowanie repozytorium pozwoli nam zwrócić się do zagranicznych instytucji, zwłaszcza niemieckich, o udostępnienie cyfrowej wersji materiałów dotyczących historii Nowej Rudy sprzed 1945 roku. Ale samo gromadzenie zbiorów to dopiero początek. Staramy się tę wiedzę udostępniać i popularyzować. Dobrym przykładem jest Pracownia Drukarstwa i Poligrafii, która powstała w naszej bibliotece w ramach projektu „Sztuka drukarska na pograniczu”. Udało się w ten sposób ocalić część wyposażenia dawnej szkoły poligraficznej i stworzyć miejsce, w którym można opowiadać o ważnej, choć trochę zapomnianej części historii naszego miasta. To przedsięwzięcie jest dla mnie szczególnie ważne, bo pokazuje, czym może być współczesna biblioteka. Nie tylko przechowujemy książki i dokumenty, ale próbujemy zachować również materialne ślady historii. Maszyny drukarskie, stare wydawnictwa, czasopisma czy dokumenty są przecież świadectwem tego, jak wyglądało życie miasta, czym zajmowali się jego mieszkańcy i jakie umiejętności były tutaj rozwijane. Historia szkoły poligraficznej jest zresztą częścią powojennej historii Nowej Rudy. Pracownia jest więc czymś więcej niż wystawą. To próba połączenia przeszłości ze współczesnością. Można tam nie tylko zobaczyć dawne urządzenia, ale również porozmawiać o historii drukowania, o książce jako przedmiocie, o tym, jak powstawała i jak zmieniała się kultura słowa I właśnie tak rozumiem rolę biblioteki w zachowywaniu pamięci o Nowej Rudzie. Nie chcemy tworzyć zamkniętego archiwum, do którego zaglądają tylko historycy. Chcemy, żeby mieszkańcy – także młodzi – mogli tę historię zobaczyć, dotknąć i zrozumieć. Bo pamięć o mieście jest najbardziej trwała wtedy, kiedy przestaje być tylko zapisem w dokumentach, a staje się doświadczeniem kolejnych pokoleń.
Które ze spotkań autorskich lub wydarzeń kulturalnych zapadło panu w pamięć najmocniej na przestrzeni lat pracy na stanowisku dyrektora?
SD: To jest chyba jedno z trudniejszych pytań, bo przez kilkanaście lat mojej pracy w bibliotece mieliśmy naprawdę wiele spotkań ze znakomitymi pisarzami, poetami, naukowcami i ludźmi kultury. Trudno byłoby wskazać jedno, nie umniejszając znaczenia pozostałych. Jeśli jednak miałby wybrać, to szczególnie zapadło mi w pamięć spotkanie z profesorem Karolem Modzelewskim podczas Festiwalu Góry Literatury zdaje się w roku 2017. Modzelewski był człowiekiem niezwykłym – historykiem, ale jednocześnie uczestnikiem i świadkiem najważniejszych wydarzeń polskiej historii drugiej połowy XX wieku. Rozmowa dotyczyła między innymi jego książki „Zajeździmy kobyłę historii”, ale tak naprawdę szybko wyszła poza samą książkę. Była rozmową o historii, pamięci, polityce, odpowiedzialności za słowo, ale również o osobistych doświadczeniach człowieka, który sam tę historię współtworzył. Pamiętam reakcję sali. Skupienie i przekonanie, że dzieje się coś ważnego, coś wyjątkowego. Pamiętam skromność tego wielkiego człowieka, która jeszcze bardziej podkreślała siłę jego charakteru, niezłomność i odwagę Pamiętam przede wszystkim jego sposób mówienia i myślenia – bez uproszczeń, bez gotowych odpowiedzi, z ogromnym dystansem do siebie i jednocześnie z bardzo wyraźnym przekonaniem, że o historii trzeba mówić uczciwie. Dla mnie, jako dyrektora biblioteki, było to również ważne doświadczenie pokazujące, czym może być spotkanie autorskie. I chyba właśnie dlatego to spotkanie pamiętam szczególnie. Było w nim coś więcej niż kontakt z wybitną postacią. Była możliwość spotkania z żywą historią i wysłuchania człowieka, który miał odwagę patrzeć na nią bez uproszczeń.
Główna siedziba biblioteki mieści się w charakterystycznym, przestronnym budynku dawnego browaru. Jakie wyzwania i korzyści niesie za sobą prowadzenie nowoczesnej instytucji w tak historycznych murach?
SD: To miejsce ma swoją historię i charakter, którego nie da się stworzyć od podstaw. Prowadzenie nowoczesnej biblioteki w budynku dawnego browaru jest jednak również pewnym wyzwaniem. Historyczna architektura wymaga szacunku, a jednocześnie współczesna biblioteka ma swoje wymagania – potrzebujemy odpowiedniej przestrzeni dla czytelników, dostępu dla osób z niepełnosprawnościami, nowoczesnych instalacji, dobrego oświetlenia czy warunków do organizowania wydarzeń. Z drugiej strony właśnie ta przestrzeń jest jednym z naszych największych atutów. Budynek jest duży, charakterystyczny i daje możliwości, których nie miałaby typowa, projektowana od początku biblioteka. Jest w tym także pewien symboliczny wymiar. Dawny browar był kiedyś miejscem pracy i ważnym elementem życia gospodarczego miasta. Dzisiaj w tych samych murach działa instytucja, której zadaniem jest przede wszystkim praca z kulturą, wiedzą i pamięcią. Historia budynku nie została więc wymazana – dostała po prostu nowe życie. I to chyba jest najciekawsze. Coś, co przewija się podczas tego wywiadu cały czas. Zagadnienie zakorzenienia w historii w połączeniu z wymaganiami współczesności.
Nowa Ruda to miejsce o silnych tradycjach poetyckich, m.in. dzięki wieloletniej historii Noworudzkich Spotkań z Poezją. Jak ocenia Pan kondycję lokalnej twórczości literackiej na tle ogólnopolskim?
SD: Myślę, że kondycję lokalnej twórczości literackiej należy oceniać dobrze, choć oczywiście trudno porównywać ją wprost z największymi ośrodkami literackimi w Polsce. Nowa Ruda jest niewielkim miastem, a mimo to od wielu lat jest obecna na literackiej mapie Polski. To nie jest przypadek. Mamy własną tradycję, mamy ludzi, którzy przez lata tę tradycję tworzyli, i mamy publiczność, która chce poezji słuchać i o niej rozmawiać. Noworudzkie Spotkania z Poezją czy Ogólnopolski Konkurs Poetycki im. Zygmunta Krukowskiego są tego najlepszym przykładem. Ich wartość polega nie tylko na tym, że przyjeżdżają do nas znani poeci. Ważne jest również to, że powstało środowisko, w którym lokalni twórcy mogą spotkać się z autorami z całej Polski. Literatura tworzona poza dużymi centrami nie jest mniej wartościowa. Czasami wręcz przeciwnie – miejsce, w którym się żyje, bardzo silnie wpływa na język i wyobraźnię autora. Nowa Ruda i cały ten region mają niezwykle charakterystyczną historię, krajobraz i doświadczenie społeczne. To wszystko może być źródłem bardzo indywidualnego języka. Dobrym przykładem jest twórczość Karola Maliszewskiego, który od lat przewodzi noworudzkiemu środowisku poetyckiemu. Jest, można powiedzieć kluczowy dla tego, co dzieje się w naszej bibliotece wokół poezji. Chcę wspomnieć też o Tomaszu Leśniowskim (Davidzie Magenie), który od lat jest związany z biblioteką. Wydaliśmy jego przejmujący, wspaniały tomik poezji Ulica Bohaterów Getta. To są twórcy, którzy pokazują, że z tego miejsca można mówić własnym, rozpoznawalnym językiem. Oczywiście lokalnemu środowisku nie jest łatwo przebić się do ogólnopolskiego obiegu. Duże miasta mają wydawnictwa, czasopisma, uczelnie, środowiska krytyków literackich i znacznie większą publiczność. Dlatego rolą takich instytucji jak biblioteka jest między innymi tworzenie przestrzeni, w której twórca może zostać zauważony i potraktowany poważnie. W przypadku poezji sama liczba odbiorców nie jest najważniejsza. Poezja nigdy nie była sztuką masową. Jeśli jednak w niewielkim mieście przez dziesięciolecia udaje się utrzymać zainteresowanie poezją i przyciągać zarówno twórców, jak i publiczność, to jest to już pewnego rodzaju fenomen. I myślę, że Nowa Ruda ma prawo być z tego dumna.
Biblioteka organizowała kameralne akcje, takie jak „Czytanie Olgi Tokarczuk”. Jak bliskość tak wybitnych twórców związanych z regionem wpływa na codzienne wybory czytelnicze mieszkańców?
SD: Kiedy czytamy autora, związanego z miejscem, które znamy, mijamy te same krajobrazy i przestrzenie, literatura przestaje być czymś całkowicie abstrakcyjnym. Pojawia się naturalna ciekawość: co ten człowiek zobaczył w miejscu, które my znamy z codziennego życia? To swoiste skrócenie dystansu pomiędzy czytelnikiem a literaturą. Pamiętam, że pierwotnie nazwaliśmy tę imprezę po prostu „Czytanie Olgi”. Okazało się, że jesteśmy już widoczni dla „ważnych” ludzi z Wrocławia czy Warszawy i dowiedzieliśmy się, że tak się nie godzi. „Jak to Olgi? Tak po imieniu?” – usłyszeliśmy. Więc dodaliśmy nazwisko. Wracając do meritum. W tej imprezie nie chodziło nam o to, żeby przekonywać mieszkańców, że powinni czytać Tokarczuk, bo jest noblistką. Bardziej interesowało nas pokazanie, że jej twórczość można czytać również przez pryzmat naszego regionu i własnego doświadczenia. To zupełnie inny rodzaj kontaktu z literaturą. Mamy w regionie szczęście do twórców, którzy nie traktują tego miejsca wyłącznie jako tła swojej twórczości. Ich obecność buduje pewien rodzaj literackiej tożsamości regionu. A dla biblioteki jest to ogromna wartość, bo możemy tę obecność przekładać na konkretne działania i przede wszystkim na spotkanie z czytelnikiem. Nie przeceniałbym jednak tego wpływu. Ostatecznie o tym, co czytamy, decydują bardzo indywidualne rzeczy: zainteresowania, doświadczenia, wiek, sytuacja życiowa. Biblioteka może natomiast stworzyć okazję do odkrycia czegoś nowego.
Jak radzą sobie Państwa filie, np. w Drogosławiu czy Słupcu, w dobie cyfryzacji? Czy w mniejszych dzielnicach książka tradycyjna wciąż wygrywa z e-bookami?
SD: Myślę, że e-book i książka papierowa nie muszą ze sobą konkurować. Dla wielu osób są po prostu różnymi sposobami korzystania z literatury. W przypadku filii, jak myślę, ważne jest coś jeszcze, a mianowicie lokalność. Filia biblioteczna to nie jest po prostu mniejsza, gorzej doposażona i biedniejsza część biblioteki głównej. To miejsce, które jest bardzo mocno związane z konkretną społecznością i jej potrzebami. Dobrym przykładem jest filia w Drogosławiu. Jej remont był możliwy dzięki środkom pozyskanym w ramach budżetu obywatelskiego. Co dla mnie szczególnie ważne, nie było to przedsięwzięcie, które biblioteka po prostu realizowała dla mieszkańców. Lokalna społeczność bardzo mocno się w nie zaangażowała. To mieszkańcy pokazali, że zależy im na tym miejscu i że chcą mieć u siebie bibliotekę, która będzie odpowiadała ich potrzebom. Jeżeli ludzie angażują swój czas, energię i uwagę w to, żeby zachować i poprawić funkcjonowanie lokalnej biblioteki, to znaczy, że jest ona dla nich czymś więcej niż punktem, w którym można wypożyczyć książkę. Podobnie patrzę na filię w Słupcu, która jest również miejscem aktywności lokalnych organizacji pozarządowych. To dla mnie bardzo istotne, bo pokazuje, że biblioteka może pełnić funkcję znacznie szerszą niż tylko udostępnianie księgozbioru. Jeżeli w jej przestrzeni mogą działać stowarzyszenia, spotykać się mieszkańcy, realizować swoje pomysły i podejmować inicjatywy, to biblioteka staje się naturalnym elementem lokalnego życia społecznego.
I chyba właśnie dlatego nie patrzę na przyszłość filii przez pryzmat rywalizacji książki papierowej z e-bookiem. To nie jest walka między starym a nowym. Prawdziwą wartością biblioteki jest człowiek – jego potrzeba czytania, rozmowy, spotkania i bycia częścią lokalnej społeczności. Jeśli biblioteka potrafi tę potrzebę zachować i odpowiadać na nią w zmieniających się czasach, to żadna cyfryzacja jej nie odbierze sensu
W opiniach czytelników na temat biblioteki pojawiają się zachwyty nad… fotelami do masażu całego ciała dostępnymi na miejscu. Skąd pomysł na wprowadzenie strefy takiego relaksu do tradycyjnej książnicy?
SD: Pomysł wyrósł chyba z dość prostego założenia: skoro chcemy, żeby biblioteka była miejscem, w którym ludzie dobrze się czują i chcą spędzać czas, to dlaczego nie stworzyć również przestrzeni do odpoczynku? Biblioteka nie musi być przecież miejscem, w którym trzeba cały czas zachowywać się bardzo poważnie i mówić szeptem. Fotele do masażu początkowo mogły wydawać się pomysłem trochę nietypowym jak na bibliotekę. Dzisiaj, kiedy widzę, jak chętnie są wykorzystywane, myślę, że była to dobra decyzja. Czasami ktoś przychodzi po książkę, ale przy okazji zostaje na chwilę, odpoczywa, korzysta z fotela, przegląda prasę czy po prostu spędza trochę czasu w bibliotece. Zresztą żartuję czasem, że doszliśmy w bibliotece do sytuacji, w której niektórzy przychodzą po książkę, a wychodzą z przekonaniem, że byli na masażu. Myślę, że takie rozwiązania są potrzebne właśnie dlatego, że pokazują, iż biblioteka może być miejscem nieoczywistym. Można tu przyjść po książkę, na spotkanie, wystawę, warsztaty, a czasem po prostu odpocząć. I jeśli czytelnicy zachwycają się fotelami do masażu, to traktuję to jako bardzo dobry znak – biblioteka stała się miejscem, w którym ludzie naprawdę czują się u siebie.
Dziękuję za rozmowę


















