Strona główna / Newsy / Wspomnienia pachnące latem

Wspomnienia pachnące latem

Kiedyś świat był czarno-biały, ale wspomnienia z tych lat mamy kolorowe. Lata 60., 70., 80. i 90. w Polsce. Cztery różne dekady i kilka zupełnie innych światów, ale w rodzinnych albumach wszystkie wyglądają podobnie.

Czarno-białe zdjęcia. Meble na wysoki połysk. Wzorzyste tapety, których nie dało się odzobaczyć.
I dzieci w ubraniach po starszym rodzeństwie, które przeżywały więcej właścicieli niż dzisiejsza pralka. Człowiek nie miał internetu, ale znał pół osiedla. Nie miał telefonu w kieszeni, ale zwykle wiedział, gdzie są dzieci. Wystarczyło wyjrzeć przez okno i krzyknąć: „Aaaartur! Do domu!”

I pół podwórka na chwilę przerywało zabawę, bo nawet jeśli nikt nie miał na imię Artur,
to każdy podejrzewał, że zaraz jego matka też zacznie wołać. Dzieci wychodziły rano, wracały wieczorem i nikt nie sprawdzał ich lokalizacji. Lokalizacją był trzepak, boisko, ławka pod blokiem,
plac budowy albo teren, na który dorośli zabronili wchodzić, czyli oczywiście miejsce szczególnie warte odwiedzenia. Na trzepaku robiło się niemal wszystko. Wiszenie głową w dół, narady wojenne, pierwsze zakochania i tajne spotkania, o których po dwóch godzinach wiedziało już całe osiedle.

Jedna piłka wystarczała dwudziestu osobom. Dwie kredy tworzyły całe miasto. Patyk mógł być mieczem, karabinem albo wędką, zależnie od sytuacji międzynarodowej na podwórku.
Grało się w klasy, gumę, palanta, kapsle i podchody. Bramki wyznaczały dwa kamienie a spory rozstrzygał właściciel piłki, bo to on dysponował najważniejszym argumentem:
„Jak się nie podoba, zabieram piłkę i idę do domu”.

Kasków raczej nie było. Nakolanników też nie. Była za to woda utleniona, która według dorosłych leczyła wszystko, a według dzieci była dodatkową karą za przewrócenie się. Kolano piekło, mama dmuchała, przyklejała plaster i wypowiadała diagnozę przekazywaną z pokolenia na pokolenie:
„Do wesela się zagoi”. Nikt nie wiedział, kiedy odbędzie się wesele, ale termin zakończenia leczenia najwyraźniej był już ustalony.

Latem jadło się chleb z masłem i cukrem, piło oranżadę, wodę z sokiem albo kompot z wielkiego garnka. Lody miały kilka smaków, a nie nazwę dłuższą od instrukcji obsługi pralki. Na wakacje jechało się maluchem, dużym fiatem, pociągiem albo autobusem, w którym każde otwarcie okna
mogło doprowadzić do poważnego konfliktu społecznego. Nad morzem był koc, termos, jajka na twardo i kanapki zawinięte w papier. Nikt nie fotografował każdej fali. Człowiek po prostu wchodził do wody, nawet jeśli Bałtyk miał temperaturę odpowiednią do przechowywania produktów mlecznych.

Telewizor zajmował honorowe miejsce w pokoju. Miał dwa programy, ale kiedy leciał dobry film, mecz albo kolejny odcinek serialu, ulice naprawdę pustoszały. Nie było przewijania. Nie było pauzy. Jeżeli człowiek poszedł do toalety w ważnym momencie, to po prostu tracił ważny moment.
Później musiał liczyć na uczciwość rodziny, która zwykle streszczała go słowami:
„Nic takiego się nie wydarzyło”. Nie było też pytania: „Co dzisiaj obejrzymy?” Oglądało się to, co akurat pokazali. I człowiek był zadowolony, bo nie wiedział jeszcze, że w przyszłości będzie miał tysiące filmów, przez godzinę będzie przeglądał propozycje, a na końcu stwierdzi, że nie ma czego oglądać.

W sobotni wieczór czekało się na program rozrywkowy. W niedzielny poranek dzieci czekały na „Teleranek”. Aż pewnego grudniowego dnia zamiast niego pojawił się człowiek w mundurze i ogłosił, że od tej chwili powodów do śmiechu będzie znacznie mniej.

Bo wspomnienia z tamtych lat nie składają się wyłącznie z oranżady, trzepaka i pachnących pomarańczy. Były też kolejki, kartki, cenzura, milicja, sprawy, o których w domu rozmawiało się ciszej. W sklepach bywało pusto, ale kolejki były pełne. Stało się po mięso, pralkę, meble, papier toaletowy, pomarańcze i właściwie wszystko, co akurat „rzucili”. Czasem człowiek najpierw zajmował miejsce, a dopiero później pytał: „Za czym ta kolejka?” Jeżeli odpowiedź brzmiała: „Nie wiadomo”, to prawdopodobnie warto było zostać.

W kolejce rodziły się znajomości, konflikty i sojusze. Ktoś pilnował miejsca, ktoś szedł sprawdzić dostawę, a ktoś zawsze próbował wejść bez kolejki, tłumacząc:„Ja tylko zapytam” To „tylko zapytam” potrafiło wzbudzić emocje, których nie powstydziłaby się dzisiejsza debata polityczna. Pomarańcze pachniały świętami Guma Donald była niemal walutą. Czekoladę dzieliło się sprawiedliwie, czyli dzieci bardzo dokładnie sprawdzały czy brat przypadkiem nie dostał większego kawałka. Puszka po zagranicznym napoju potrafiła przez kilka lat stać na półce jak rodzinny eksponat. Reklamówkę z Pewexu nosiło się z dumą tak długo, aż litery wyblakły, uchwyty się rozciągnęły, a ona sama zaczęła prosić o spokojną emeryturę.

Telefon stał w przedpokoju, miał kabel i własny charakter. Czasem działał, czasem trzeszczał,
a niekiedy pozwalał usłyszeć fragment cudzej rozmowy co było analogową wersją mediów społecznościowych Rozmowa rzadko była prywatna. Słyszała ją cała rodzina, sąsiedzi,
a czasem chyba również pani z centrali. Jeśli chłopak dzwonił do dziewczyny,
najpierw musiał przejść rozmowę kwalifikacyjną z jej ojcem. „A kto mówi?” „Skąd dzwonisz?”
„W jakiej sprawie?” Później dziewczyna odbierała słuchawkę i rozmawiała półgłosem, stojąc metr od rodziców, którzy oczywiście niczego nie podsłuchiwali. Po prostu wyjątkowo długo przebywali akurat w przedpokoju.

Zdjęcia robiło się oszczędnie. Nikt nie fotografował obiadu z ośmiu stron. Na kliszy były 24 albo 36 klatek, więc każde naciśnięcie migawki wymagało odpowiedzialności. Potem zanosiło się film do wywołania i czekało. Dopiero po kilku dniach człowiek odkrywał, że na połowie zdjęć ktoś zamknął oczy, na drugiej fotograf uciął wujkowi głowę a palec zasłaniający obiektyw został najczęściej fotografowanym członkiem rodziny. Mimo to tych zdjęć się nie usuwało.
Wkładało się je do albumu, bo nawet nieudane zdjęcie było kawałkiem życia, a nie plikiem, który można skasować jednym ruchem palca.

Do ludzi wpadało się bez zapowiedzi. Nie pisało się wcześniej: „Czy mogę zadzwonić?” albo „Masz chwilę za dwa tygodnie?”. Po prostu ktoś pukał do drzwi. Krzesło dla gościa zawsze się znalazło. Herbatę nalewało się do szklanki w metalowym koszyczku, wyciągało herbatniki, paluszki albo domowe ciasto i dzieliło tak, żeby wystarczyło dla wszystkich.

Rzeczy się naprawiało, a nie wyrzucało. Sweter przechodził po starszym rodzeństwie,
radio dostawało kolejną szansę a telewizor po uderzeniu w odpowiednie miejsce nagle odzyskiwał obraz. Dorosły człowiek wiedział, gdzie trzeba stuknąć, docisnąć albo podłożyć zapałkę,
żeby urządzenie działało jeszcze przez pięć lat. Meble służyły pół życia. Szklanki po musztardzie przeżywały niejedną zastawę. Słoików się nie wyrzucało, bo każdy słoik miał przed sobą przyszłość.

A potem przyszły lata 90. Nagle świat zaczął nabierać kolorów. Na ulicach pojawiły się reklamy, bazary, prywatne sklepy i produkty, które wcześniej znaliśmy głównie
z zagranicznych filmów albo paczek przysyłanych przez rodzinę. Były dżinsy, kolorowe gumy do żucia, napoje w puszkach, kasety magnetofonowe, magnetowidy i wypożyczalnie VHS.

Wybór filmu na sobotni wieczór stawał się wydarzeniem rodzinnym. Człowiek wracał z wypożyczalni z kasetą, której okładka obiecywała hollywoodzkie widowisko,
a w środku czasami znajdował obraz tak słaby, jakby film nagrano przez firankę. Piosenki przegrywało się od znajomych albo nagrywało bezpośrednio z radia.
Największą sztuką było wcisnąć „stop” zanim prowadzący zaczął mówić, co oczywiście niemal zawsze robił sekundę za wcześnie. Później pojawiły się pierwsze komputery, Pegasus, Tamagotchi
i charakterystyczny dźwięk modemu, który informował całą rodzinę, że właśnie próbujemy połączyć się z internetem. Jeżeli ktoś w tym czasie podniósł słuchawkę telefonu, wyprawa do cyfrowego świata kończyła się szybciej, niż zdążyła się rozpocząć.

Dzieci nadal jednak bawiły się na podwórkach. Grały w piłkę, gumę, kapsle i podchody. Jeździły na rowerach, rolkach i deskorolkach, często bez kasków, ochraniaczy i większego szacunku dla własnych kolan. Nadal wracało się do domu dopiero wtedy, gdy zapalały się latarnie albo ktoś z okna przypominał, że kolacja stygnie już od pół godziny. Nie byliśmy jeszcze tak zabiegani.
Nie każdy miał samochód, telefon komórkowy i kalendarz wypełniony spotkaniami na trzy tygodnie naprzód. Do znajomych nadal wpadało się bez zapowiedzi. Dzieci nadal pukały do drzwi i pytały: „Czy Kasia może wyjść? Nie pisały wiadomości. Nie wysyłały pinezki z lokalizacją. Stały pod drzwiami i czekały aż Tomek skończy obiad albo dostanie zgodę od mamy.

Ale wraz z wolnością przyszło też coś więcej niż zachodnie słodycze, kolorowe telewizory
i sklepy, w których wreszcie było co kupować. Przyszła transformacja. Dla jednych lata 90. były czasem wielkich możliwości. Zakładali firmy, handlowali na bazarach i po raz pierwszy czuli, że mogą spróbować żyć po swojemu. Dla innych były początkiem niepewności.

Upadały zakłady pracy, w których ludzie mieli pracować aż do emerytury.
Rosło bezrobocie. Ceny potrafiły zmieniać się tak szybko, że wypłata traciła wartość, zanim człowiek zdążył ją dobrze policzyć. W wielu domach oglądano każdą złotówkę, dkładano rachunki na później i zastanawiano się, co przyniesie następny miesiąc.

Na ulicach również zrobiło się mniej bezpiecznie. Kradzieże samochodów, włamania, haracze i osiedlowe gangi przestały być wyłącznie opowieścią z filmu. Samochód zabezpieczało się blokadą kierownicy, alarmem i nadzieją Radio wyjmowało się na noc, bo pozostawione w aucie mogło do rana zmienić właściciela.

To była dziwna dekada. Pełna nadziei i lęku. Kolorowych reklam i pustych portfeli. Pierwszych fortun i pierwszych wielkich rozczarowań. Stary świat właśnie się kończył, a nowy jeszcze nie wiedział, czym chce zostać. My nadal spotykaliśmy się na podwórkach pożyczaliśmy sobie kasety
i dzwoniliśmy z budki telefonicznej, jeśli akurat mieliśmy żeton albo odpowiednią monetę.

Lata 90. były chyba ostatnim momentem, kiedy nowoczesność już pukała do naszych drzwi,
ale nie zdążyła jeszcze wejść do każdego pokoju i zabrać nam całej uwagi. Nie wszystko dawniej było lepsze. Wiele rzeczy było trudniejszych. Brakowało towarów, mieszkań, swobody
i zwykłego poczucia, że człowiek ma wpływ na własne życie. Później pojawiła się wolność,
ale nie każdy dostał wraz z nią równe szanse i instrukcję obsługi nowej rzeczywistości.

Nie warto robić z przeszłości krainy szczęśliwości tylko dlatego, że z dzieciństwa najłatwiej pamięta się zapach wakacji, smak oranżady i dłonie babci. Nie tęsknimy przecież za pustymi półkami. Nie tęsknimy za kartkami, cenzurą, kolejkami, bezrobociem ani strachem przed kolejnym rachunkiem. Tęsknimy raczej za ludźmi, których już z nami nie ma. Za głosem mamy dobiegającym z kuchni. Za dziadkiem naprawiającym radio przy stole Za babcią, która zawsze miała coś „na czarną godzinę”, a czarna godzina najwyraźniej nigdy nie nadeszła, bo zapasy znajdowano jeszcze wiele lat później. Tęsknimy za mieszkaniami, do których można było wejść,
ściągając klucz z szyi, bez pamiętania kodów do domofonu. Za podwórkiem, które wydawało się całym światem. Za wakacjami, które trwały jak pół życia. Za sobą z tamtych lat, kiedy człowiek miał poobijane kolana, kilka monet w kieszeni i bardzo poważny plan na popołudnie.

Dzisiaj mamy setki kanałów, ale czasem nie mamy z kim porozmawiać. Mamy tysiące internetowych znajomych, a coraz rzadziej znamy sąsiada z drugiego piętra. Możemy połączyć się z całym światem w kilka sekund, a mimo to czasem oddalibyśmy wszystkie powiadomienia
za jeden znajomy głos wołający z okna „Ania, chodź już do domu, obiad stygnie!”

Może więc nie chodzi o to, że dawniej wszystko było lepsze. Po prostu byliśmy młodsi. Wielu ważnych ludzi siedziało jeszcze przy naszym stole, a do szczęścia wystarczała piłka, kromka chleba z cukrem i wynegocjowane z mamą jeszcze pięć minut na podwórku.

A Wam co najbardziej zostało w pamięci z czasów dzieciństwa, dorastania czy młodości?
Trzepak, oranżada w woreczku, telefon na kablu, kasety magnetofonowe, bazary, Pegasus
czy pierwsze spotkanie z internetem? A może jedno miejsce, jeden zapach albo jeden człowiek,
do którego chcielibyście wrócić choćby na chwilę?


Pan od Absurdów

Zapraszamy na profil Pan od Absurdów na Facebooku. Znajdziecie tam wiele ciekawych wpisów.

Tagi:

Zostaw odpowiedź

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *