Strona główna / Wywiady / Barbara Sadurska: Opowiadanie nadaje życiu sens

Barbara Sadurska: Opowiadanie nadaje życiu sens

„Nie wiem, jak można wychować dziecko bez opowiadania. To akurat najpiękniejsze, co można dać dziecku” uważa Barbara Sadurska, polska prawniczka i pisarka, która już jako dziecko nagrywała bajki na magnetofon szpulowy. Po latach zadebiutowała tak, jak marzy każdy autor – jej „Mapa” zdobyła Nagrodę Literacką im. Witolda Gombrowicza i uznanie krytyków w całym kraju, a smoczą serię pokochali zarówno najmłodsi jak i starsi czytelnicy. Barbara Sadurska udowodniła, że literatura piękna może być równie wciągająca, co najlepszy kryminał.

Kraków – miasto magii i legend – czerpie Pani z niego inspirację do swoich książek?

BS: Kraków jest miejscem akcji Bajki Bajeczki i częściowo Czarnego hetmana. W moich książkach nie jest to jednak miejsce ani magiczne ani piękne, raczej ponure. Z legend krakowskich nie korzystam, choć kusiło mnie kiedyś, by opisać losy kilku krakowskich kamienic. Obawiam się jednak, że zdradziłabym pilnie strzeżone tajemnice. Niech one pozostaną tam, gdzie są.

Pisze Pani dla dzieci i dorosłych – które historie są Pani bliższe?

BS: Te, które akurat piszę. Jeśli piszę powieść dla niedorosłych, cała jestem w niej. Kiedy piszę książkę dla dorosłych, jest ona dla mnie najważniejsza. W gruncie rzeczy wydaje mi się, że piszę i tu i tu o tym samym: o tym, że wszyscy jesteśmy z opowieści, że język jest ważny, że nasz świat zasługuje na opowiedzenie go na nowo. I to powoli się dzieje, do głosu dochodzą osoby dotychczas wykluczane lub słabo reprezentowane w literaturze. Poznajemy historię widzianą ich oczami.

W Pani opowiadaniach przedmioty (mapy, figurki, stare księgi) często mają większą moc sprawczą niż ludzie – dlaczego?

BS: Rzeczywiście fascynują mnie przedmioty, zwłaszcza stare, takie, które przetrwały niejedno pokolenie. Zastanawiam się, kto je wykonał, kto odcisnął swój ślad, kto ich używał, czyje linie papilarne pozostały na ich powierzchni. Czy chochla pamięta ciepło dłoni kobiety, która nalewała nią zupę? Czy obrazek wiszący na ścianie przez kilka stuleci nosi w sobie ślad spojrzeń wielu ludzi, którzy tu mieszkali, którzy tu bywali? Kim byli? Co widzieli? Gwóźdź, na którym wisi. Czy pamięta dotyk palców osoby, która go wbijała? Uderzyła się młotkiem? Syknęła? Zaklęła? Jakoś mnie wzruszają stare przedmioty. I faktycznie – w pewnym sensie mają większą moc niż ludzie. Ludzie są tacy nietrwali…

Gdyby miała Pani wybrać jeden przedmiot ze swojego otoczenia, który zasługuje na własną biografię, co by to było?

BS: Grzybek do cerowania skarpet mojej babci. Należał najpierw do mojej prababci, Franciszki. Dostała go od swojego męża, który był szewcem. Prababcia Franciszka nie umiała czytać, ale umiała naprawić ubranie i zrobić wszystko, co trzeba, żeby wykształcić swojego syna. Jego żonie, mojej babci Tani dała ten grzybek w czasie wojny. Moja mama, rocznik 38, opowiadała mi niezwykłe historie o cerowanych skarpetach. W pewnym sensie dzięki temu babcia i jej dwie córki przeżyły wojnę. Dziadek był wtedy w lesie,był oficerem akcji Burza. Dość powiedzieć, że po śmierci babci mama zabrała z domu rodzinnego tylko ten jeden grzybek do cerowania. Jego powierzchnia jest szorstka od ukłuć igłą. Każde ma dla mnie znaczenie, bo przecież to ślady ruchu dłoni kobiet, dzięki którym jestem.

Nie boi się Pani tematów trudnych, mrocznych, wręcz turpistycznych – ta odwaga wynika z Pani zawodu prawnika?

BS: Raczej z zawodu mojej mamy, lekarki. Wychowałam się na książkach z ilustracjami chorób lub przekrojem człowieka. Jako dziecko jeździłam z mamą na wizyty domowe. Lata siedemdziesiąte i osiemdziesiąte, na wsi, zimą, czasem w nocy. Kilka razy musiałam pomagać mamie udzielać pierwszej pomocy. Uważam, że każdy człowiek powinien umieć przede wszystkim ratować życie: zatamować krwotok, udrożnić drogi oddechowe, ułożyć człowieka w bezpiecznej pozycji.

Praca zawodowa jest inspiracją do historii, które przelewa Pani na karty swoich książek?

BS: Nie, raczej nie. Czasem używam języka prawniczego, gdy chcę pokazać, że jakaś sytuacja jest oficjalna, ale redaktorzy są bezlitośni i ścinają moje zapędy. Rozwijam się zatem w pisaniu opinii prawnych…

Słynie Pani z oszczędności słowa. Czego najbardziej żal było Pani wyciąć z „Mapy” lub „Czarnego hetmana” podczas redakcji?

BS: Akurat z tych dwóch – nie wycięłam prawie nic. Pochyliła się nad nimi znakomita redaktorka i wydawczyni, Krystyna Bratkowska. Wszystkie zaproponowane przez nią zmiany wyszły tylko na dobre tym tekstom. Ale kiedy teraz porównuje pierwsze wersje opowiadań z Mapy (trzy z nich wyszły drukiem w Twórczości w 2018 roku, kilka miesięcy przed premierą książki), widzę, jak niewiele się różnią. Pojedynczymi słowami. I za każdym razem są to ważne słowa, ważne zmiany, choć bardzo delikatne. Natomiast znacznie poważniejsze ingerencje wprowadziła redaktorka Karolina Macios w Bajce Bajeczce. Jej zmiany miały charakter fabularny, bardzo jestem jej za nie wdzięczna. Ostateczna redakcja językowa Bajki Bajeczki należała zaś do Emila Pasierskiego i to była kosmetyka. Cudownie jest pracować z tak mądrymi, świadomymi ludźmi. Nie inaczej było w przypadku książek dla dzieci. Tu stale współpracuję z Karoliną Oponowicz.  Praca redakcyjna to dla mnie najprzyjemniejsza część pracy pisarskiej. Uwielbiam to! Może to kwestia tego, że lubię słowa? Szukam słów, mam do nich duży szacunek. Słowa zmieniają świat. Maja moc wszczynania konfliktów i zapobiegania im. Słowa, nie krew, kończą wojny.

Pisanie jest dla Pani odskocznią od otaczającego świata, spraw zawodowych?

BS: Uwielbiam opowiadać historie, tylko codzienność tak mocno wkracza, że nie ma czasu na opowiadanie. Są ustalenia, wymiana informacji, podział obowiązków… Pisanie jest innym sposobem przeżywania świata. Życie sprowadza się wówczas do czegoś innego, do zatrzymania, uchwycenia, opowiedzenia sobie tego, co się wydarza albo co metaforycznie odnosi się do tego, co przeżywamy. Opowiadanie nadaje życiu sens. W pędzie łatwo go nie zauważyć, przeoczyć. Dopiero w opowieści, w konstrukcji, z nadania formy wyłania się sen tego wszystkiego w całej okazałości i oto nagle staje przed oczyma. Bez opowieści, bez formy, można nie zauważyć, że się żyło.

Dlaczego zaczęła Pani pisać książki dla dzieci?

BS: Nie pamiętam. Chyba robiłam to zanim nauczyłam się pisać. Nagrywałam bajki na magnetofon szpulowy. Mój tato miał mikrofon, a ja uwielbiałam zmyślać. Tym sposobem on miał święty spokój, a ja zabawę. Drugi moment pojawił się zupełnie naturalnie, kiedy na świat przyszły moje dzieci. Nie wiem, jak można wychować dziecko bez opowiadania. To akurat najpiękniejsze, co można dać dziecku. Opowieść, historię. Książkę. Poznawanie przez stwarzanie światów słowami. Wspólne wymyślanie przygód. Nadawanie imion bohaterom. Szczerze mówiąc, opowiadałam moim synom bajki, kiedy jeździliśmy tramwajami w Krakowie i zdarzyło się, że młody chłopak wysiadł z nami i powiedział, że przejechał dwa przystanki, żeby posłuchać, jak to się skończy, a jedna pani zapytała, co to za książka, bo chciałaby kupić swojej wnuczce. Takie tam przygody tramwajowe.

„Srebrny smok” i „Rada smoków” podbiły serca młodych czytelników (moje zresztą też) – ma Pani pomysły na kolejne książki dla dzieci?

BS: Jeeejku, ale mi miło, dziękuję! Chcę dokończyć trylogię o Srebrnym smoku koniecznie z ilustracjami Marcina Minora. A potem zobaczymy. I nie zostawię też dorosłych. Powolutku pracuję nad kolejną książką. Niestety nie lubię mówić o tym, czego jeszcze nie zrobiłam, więc… O premierach będzie informował wydawca, czyli Agora i Agora dla dzieci. Tyle mogę powiedzieć!

Dziękuję za rozmowę

Foto:  Piotr Kołodziej Fotografia 

Tagi:

Zostaw odpowiedź

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *