Chroniły, wspierały w momentach przejścia: narodzinach, ślubach, śmierci. Były towarzyszkami dorastania, symbolami przemiany i powierniczkami pragnień. Były i są symbolem kobiecej mocy i manifestacji siły zapisanej w dłoniach kobiet. Mowa o motankach, węzełkowych lalkach wywodzących się z dzisiejszej Ukrainy, o których Agnieszka Góralczyk rozmawia z ich twórczynią Michaliną Nesterenko.
Motanki – czym są, jaką mają moc, czym się charakteryzują, dlaczego nie mają twarzy?
MN: Motanki, czyli lalki węzełkowe, wywodzą się z terenów dzisiejszej Ukrainy i szerzej – z tradycji wschodniosłowiańskiej. Podobne kukiełki spotyka się w wielu krajach, także w Polsce, zwłaszcza w regionach takich jak Bieszczady czy Podlasie, a także na Białorusi. Nie wiadomo dokładnie, kiedy i gdzie powstały te lalki, ale przetrwały w pamięci kobiet przez pokolenia. Towarzyszyły ludziom w świętach agrarnego cyklu roku – wiosennych, letnich, żniwnych – oraz w codziennej duchowości. Chroniły, wspierały w momentach przejścia: narodzinach, ślubach, śmierci. Były towarzyszkami dorastania, symbolami przemiany i powierniczkami pragnień. Ich najważniejsze cechy to krzyż na twarzy (charakterystyczny dla lalek z terenów dzisiejszej Ukrainy) lub brak twarzy w ogóle, a także to, że powstają bez użycia igły. Brak twarzy ma głębokie znaczenie symboliczne i magiczne. Lalka bez twarzy nie narzuca jednej historii ani jednej tożsamości. Dzięki temu pozostaje przestrzenią do wypełnienia. Może przyjąć intencję osoby, która ją tworzy lub z nią pracuje. W tradycji wierzono również, że brak rysów chroni przed „uwięzieniem” duszy czy energii w przedmiocie. Aby uchronić lalkę przed przekleństwem, złymi energiami czy cudzymi intencjami, rezygnowano z twarzy lub wiązano krzyż. Symbolicznie oznacza to, że lalka jest przede wszystkim nośnikiem idei. Sama nazwa „motanka” pochodzi od ukraińskiego słowa motaty, czyli wiązać, owijać. Nie jest jednak starodawna, jak lubią to podkreślać różne blogerki ezoteryczne. Spopularyzowała ją w latach 90. artystka i badaczka Ludmiła Teslenko-Ponomarenko. Prawdopodobnie była to lokalna nazwa, która po prostu przyjęła się szerzej. W dawnych wsiach mówiono po prostu „kukła” albo „lalka”. Nie da się zamknąć motanek w jednej definicji. Dla jednych to element sztuki ludowej, dla innych amulet, towarzyszka przemian, forma modlitwy czy sposób na zachowanie pamięci o przodkach. Dla mnie to przede wszystkim symbol kobiecej mocy. Manifestacja siły zapisanej w dłoniach kobiet. Sposób na dotarcie do siebie i swoich pragnień oraz niezwykła, twórcza technika autoterapii.



Jak długo i z czego powstają?
MN: Lalki węzełkowe pierwotnie powstawały z ziół, gałązek, gliny, słomy, kości oraz skrawków tkanin. Dzisiaj mamy znacznie szersze możliwości. Piękne, kolorowe materiały są relatywnie tanie i łatwo dostępne. Można też sięgać po tkaniny z drugiego obiegu, bo jest ich wręcz nadmiar. Patrząc na muzealne lalki, najlepiej widać, że tworzono je dosłownie z tego, co było pod ręką. Lalki z początku XX wieku zwykle wykonane są z prostych, naturalnych tkanin, bo innych wtedy po prostu nie było. Natomiast wiele lalek z połowy XX wieku, które możemy oglądać na wystawach, powstało już z tkanin syntetycznych, starych spódnic, koszul czy podomek. Nie jest prawdą, że obowiązkowo musi to być materiał naturalny. Istotą tych lalek jest to, że nie wymagają wielkich ceregieli ani rytuałów. To, co nazywamy magią ludową, było sposobem postrzegania świata, myślenia i życia. Oznaczało również korzystanie z dostępnych zasobów i dostosowanie się do czasów, w których się żyje. Jeśli mamy stary obrus czy bluzkę, która może się jeszcze przydać, używamy jej bez skrupułów. Czas powstawania jednej lalki jest różny. W moim przypadku trwa to od trzech do nawet kilkunastu godzin. Dużo zależy od tego, dla kogo i w jakiej intencji motam. To głęboki, bardzo indywidualny proces.
Każdy może je wykonać?
MN: Oczywiście! Nie trzeba mieć żadnej „supermocy”. Najważniejsze jest określenie intencji i wejście w proces. To o wiele ważniejsze niż technika motania czy estetyka lalki.
Ile mamy rodzajów Motanek?
MN: Nie jest możliwe określenie liczby rodzajów lalek. Nigdy nie istniał żaden katalog. Lalki różniły się w zależności od regionu, wsi czy nawet konkretnej twórczyni. Niektóre zachowały się szerzej w pamięci lub zostały opisane i nazwane przez etnografów. Inne funkcjonowały pod lokalnymi nazwami. Wiele znanych dziś lalek, popularnych w sieci, ma nie więcej niż 30 lat, inne są bardzo wiekowe. W swojej książce „Motanki” opisuję około 50 typów lalek, opierając się na odnalezionych źródłach, ale to oczywiście nie wyczerpuje tematu. „Rodzaj” lalki często określa intencja, a drobne różnice w formie czy symbolice były istotne przede wszystkim w kontekście ludowych obrzędów. W przypadku indywidualnej lalki nie ma to kluczowego znaczenia. To tradycja, która nigdy nie była zamkniętym zbiorem form, lecz żywą praktyką kobiet. Podlega nieustannym zmianom, również dzisiaj. Mówienie o „rodzajach” to bardzo współczesne, produktowe widzenie tematu.
W każdym przypadku działają?
MN: Czasem dostaję pytania: „czy lalki na pewno działają?” albo „ile trzeba czekać, aż zadziałają?”. To wynika z niezrozumienia pracy z symbolem. Lalka nie jest magiczną różdżką ani przyciskiem mocy. To uruchomienie procesu. To my działamy. Lalki klarują intencję, nadają jej kierunek, inicjują wewnętrzne zmiany. Zmienia się nasze postrzeganie, często na podświadomym poziomie. To jednak nie odbiera im magii. Zamotałam około czterech tysięcy lalek w życiu, w tym kilkanaście dla siebie. Dzięki nim uwierzyłam w cuda. Wiem jednak, że impulsem do tego, by cuda mogły się wydarzyć, jest umiejętność zobaczenia możliwości, wzięcia spraw w swoje ręce i działania – bez oddawania sprawczości w ręce jakiejś tajemniczej siły. Czy działają? Uważam, że tak – zawsze, o ile jesteśmy gotowi przejąć odpowiedzialność i ruszyć, zamiast czekać, aż coś spadnie nam z nieba.
Pani wykonuje motanki – gdzie nauczyła się Pani je robić i zaczerpnęła trochę tej dawnej, słowiańskiej magii i wiedzy?
MN: Początek mojej drogi jest trochę mistyczny – lalki mi się przyśniły. To jednak nie znaczy, że wcześniej o nich nie wiedziałam. Nie pamiętam skąd, ale świadomość istnienia takich lalek po prostu miałam. Gdzieś w tle, w przepastnej bazie wiedzy w mózgu, był mały folder: „te słowiańskie lalki z gałganków”. Lalki przyśniły mi się w dość trudnym momencie mojego życia. Straciłam wtedy wszystko, co miałam, i szukałam sposobu, by się podnieść, znaleźć nową drogę i sens. Po przebudzeniu zaczęłam szukać informacji. Wtedy jednak w Polsce nie było zbyt wiele wiedzy na ten temat. Czułam, że to, co znajduję na zapomnianych blogach, nie jest pełną prawdą. Opisywane rytuały i zasady nie miały sensu z punktu widzenia etnografii czy ludowej symboliki. W większości to były ezo-bzdurki. Fajne, magiczne i totalnie bezużyteczne w badaniu sensu lalek. Na początku motałam więc dla siebie i uczyłam się lalek w praktyce. W 2014 roku pojechałam do Ukrainy i tam znalazłam motanki w sklepie z pamiątkami. Kupiłam dwie i w domu rozebrałam je na części, żeby zrozumieć ich budowę. Dopiero gdy trochę nauczyłam się języka, mogłam sięgać po wiedzę, która w Ukrainie jest znacznie szersza. Istnieją tam poważne publikacje poświęcone lalkom węzłowym. Pierwsze książki i artykuły czytałam ze słownikiem, godzinami, uparcie próbując zrozumieć, o co chodzi. Z czasem zaczęłam rozmawiać z innymi twórczyniami oraz zgłębiać symbolikę. Najwięcej dała mi jednak praktyka – notowanie refleksji z motania, porównywanie efektów, a także równoległe zgłębianie psychoanalizy, wiedzy o symbolach i archetypach oraz folkloru słowiańskiego. Dopiero synteza różnych dziedzin pomogła mi naprawdę zrozumieć i poczuć motanki na głębszym poziomie.
Jest Pani autorką książki „Motanki” Jest to pierwsza w Polsce książka poświęcona etnograficznej tradycji motania. O czym w niej przeczytamy?
MN: Książka „Motanki” to próba uporządkowania wiedzy o lalkach węzełkowych – zarówno tej etnograficznej, jak i współczesnych interpretacji. Piszę o ich historii, o źródłach, o tym, co naprawdę wiadomo z badań, a co jest współczesną nadinterpretacją. Analizuję symbolikę, znaczenie krzyża, brak twarzy, rolę koloru, materiału i konstrukcji. Przyglądam się też temu, jak motanki funkcjonowały w obrzędowości ludowej. Oczywiście opowiadam też o swoim realnym doświadczeniu motania, obcowania z intencją i historiami ludzi, dla których wykonywałam lalki. Piszę o swoich refleksjach i o tym, czym lalki są dla mnie. Pokazuję, jak można dziś pracować z lalką w sposób świadomy – ze zrozumieniem procesu, bez folklorystycznego kostiumu, ale z szacunkiem do tradycji. To książka o formie, symbolu i kobiecej sprawczości zapisanej w rękodziele.
Gdzie najbardziej były popularne motanki i gdzie wciąż cieszą się dużą popularnością?
MN: Ojczyzną motanki, w formie, która dziś stała się najbardziej rozpoznawalna, jest Ukraina. Do dziś są tam bardzo powszechne i stanowią ważny symbol narodowy – zwłaszcza teraz, gdy trwa wojna. Symbolizują walkę o niepodległość oraz ochronę tradycji przed agresją z zewnątrz. Nie można jednak powiedzieć, że lalki węzełkowe są wyłącznie ukraińskie. To tradycja wschodniosłowiańska. Odnajdujemy je także na wschodzie Polski czy w Białorusi. Dla ludowych tradycji współczesne granice nie mają większego znaczenia – zmieniały się, a ludzie żyli i przekazywali swoje zwyczaje dalej.
Skąd Pani zdaniem takie nagłe zainteresowanie tego rodzaju talizmanem?
MN: W ostatnich latach widać wyraźny powrót do tradycyjnych form rękodzieła w całej Europie Środkowo-Wschodniej, a motanki stały się częścią tego procesu. Ludzie szukają dziś rzeczy, które mają sens i historię, a nie są tylko produktem. Żyjemy w świecie przyspieszonym, zdigitalizowanym, odłączonym od materii. Motanka jest czymś odwrotnym – wymaga czasu, dotyku, skupienia. Daje poczucie sprawczości i kontaktu z czymś starszym niż bieżące trendy. Drugą kwestią jest potrzeba symbolu. W czasach niepewności ludzie szukają form, które pomagają im uporządkować lęk, stratę, zmianę. Lalka jako talizman jest materialnym nośnikiem intencji – czymś, co można wziąć do ręki, a nie tylko pomyśleć. Nie traktuję jednak motanki wyłącznie jako talizmanu. To raczej narzędzie pracy ze sobą i forma, która pomaga przełożyć wewnętrzne doświadczenie na konkretny kształt.
Jak wybrać odpowiednią dla siebie motankę?
MN: Kluczem jest nie tyle wybór samej lalki, ile uczciwe określenie, czego naprawdę potrzebujemy. To wymaga zatrzymania się i odróżnienia chwilowego chciejstwa od głębszej potrzeby. Zanim powstanie lalka, warto zadać sobie pytanie: co we mnie domaga się uwagi? Czy chodzi o relację, odwagę, domknięcie jakiegoś etapu, poczucie bezpieczeństwa? Motanka jest formą, która pomaga zobaczyć i utrzymać w polu uwagi . Dlatego najważniejsza nie jest nazwa „rodzaju” lalki, lecz klarowność intencji i gotowość do pracy ze sobą.
Jak z nią pracować?
MN: Motanka reprezentuje nasze pragnienie. Tworząc ją w danej intencji, skupiamy uwagę, zasilamy ją gestem, działaniem i czasem. Waga danej sprawy wielokrotnie wzrasta. Staje się centralnym tematem, a umysł zaczyna ją przetwarzać, dostrzegać możliwości i potrzebę podejmowania działania. Jeśli myślimy bardziej w kategoriach magicznych, możemy powiedzieć, że sięgamy do praw Wszechświata – prawa przyciągania, prawa rezonansu czy prawa mentalizmu. Zgodnie z ideą: to, co zasilasz uwagą, rośnie. Zwykle zasilamy niepokoje i lęki. Tutaj odwracamy ten nawyk umysłu i zasilamy marzenia. Gotowa lalka powinna znajdować się na widoku, tak aby stała się częścią codzienności. Jeśli to lalka na poprawę relacji czy przyciągnięcie miłości, może stać w sypialni. Jeśli dotyczy finansów – w biurze albo w salonie, gdzie będzie zauważona. Jeśli chcemy chronić swoje granice – w przedpokoju, przy drzwiach wejściowych, które są symboliczną bramą do naszej przestrzeni. Tradycyjnie lalce trzeba coś podarować – wstążkę, koralik, kamyk, kwiatek, symboliczny drobiazg. Taki gest to forma zapłaty. W kulturze ludowej nic nie było „za darmo”. Ofiara potwierdza powagę intencji. To uznanie, że każda zmiana ma swój koszt, a my jesteśmy gotowi go ponieść. Dar nadaje relacji z symbolem realność – przestaje być przedmiotem, a staje się zobowiązaniem. Praca z lalką nie wymaga celebracji ani skomplikowanych obrzędów. Magia ludowa jest prosta. Opiera się na prawie podobieństwa i prawie kontaktu. Zrozumienie tych zasad jest fundamentem pracy z symbolem. Piszę o tym szerzej w książce. Oczywiście, jeśli ktoś lubi rytuały i czuje, że taka forma pracy z nim rezonuje, nie ma przeszkód, by uczynić motankę częścią własnych celebracji. To może wzmocnić uwagę i zaangażowanie. Rytuał pełni ważną funkcję dla naszego umysłu, o czym również piszę w książce.
Uczy Pani motania lalek?
MN: Tak. Od prawie 10 lat prowadzę warsztaty – zarówno stacjonarne, jak i online. Byłam również wykładowczynią w Instytucie Metamorfozy Świadomości w Szczecinie, gdzie prowadziłam zajęcia z motania, ludowej symboliki i folkloru. Obecnie, z racji tego, że nie mieszkam w Polsce, pracuję głównie online. Czasem pojawiam się także na festiwalach z wykładami lub warsztatami. Aktualnie można kupić dostęp do spotkania online, podczas którego uczę, jak wykonać klasyczną lalkę z krzyżem i szczegółowo tłumaczę proces motania – nie tylko od strony technicznej, ale przede wszystkim w jego symbolicznym i znaczeniowym wymiarze.
Od lat fascynuje się Pani magią starosłowiańską i żyje wg jej zasad?
MN: Nie powiedziałabym, że żyję według zasad „magii starosłowiańskiej”, bo nie istnieje jeden spójny system zasad, który można by w ten sposób praktykować. To współczesna narracja, często uproszczona. Interesuje mnie folklor, symbolika i sposób myślenia dawnych społeczności, ale nie traktuję ich jako gotowego kodeksu do odtworzenia. Żyjemy w innych realiach, w innym kontekście kulturowym. Jeśli coś z tej tradycji jest mi bliskie, to szacunek do cykliczności natury, praca z symbolem i świadomość, że codzienne gesty mają znaczenie. To jednak nie jest rekonstrukcja dawnych wierzeń, lecz współczesna, osobista praktyka.
Co z dawnej magii praktykuje Pani w swoim życiu? Jakie zasady, rytuały?
MN: To ciekawe pytanie. Myślę – i sądzę, że wielu badaczy się ze mną zgodzi – że magia ludowa to nie tyle zestaw rytuałów, ile sposób rozumienia świata. Te resztki obrzędów, które przetrwały w pamięci do naszych czasów, nie są „czystymi” pogańskimi wierzeniami, lecz folklorem. A folklor to ludowa forma kultury, osadzona na przedchrześcijańskich symbolach, ale przefiltrowana przez tysiąc lat chrześcijaństwa. Nie usiłuję odtwarzać dawnych obrzędów ani nie jestem rodzimowierczynią. Jestem uważna na cykliczność natury. Na świadomość, że wszystko ma swój czas, że intencja ma znaczenie, a słowo i gest niosą konsekwencje. Praktykuję prostotę. Zasadę wymiany. Intencyjnie gotuję, sprzątam, piorę, podejmuje różne działania. Dostrzegam związki między wydarzeniami w wymiarze duchowym i symbolicznym. Staram się być odpowiedzialna za własne decyzje. Słucham intuicji, oddzielając ją od emocji. Szukam kontaktu z mocą natury – z Pramatką, którą rozumiem jako archetyp Wielkiej Matki, Gaję. To wydaje mi się najbardziej naturalne. O wiele bardziej niż to, co dziś potocznie nazywa się „pogaństwem”, które przecież również było patriarchalne, podobnie jak chrześcijaństwo. Staram się dotykać tego, co było wcześniej – głębszego porządku symboli i doświadczenia. Nie mam na myśli konkretnej religii sprzed wieków, lecz głęboką, intuicyjną relację człowieka z naturą i cyklem życia – rozumienie świata poprzez symbol, w którym ziemia jest ciałem matki, jaskinia łonem, a woda nośnikiem emocji.
Ponoć od zawsze miała Pani styczność z magią?
MN: Dla mnie magia nie jest ezoterycznym trendem ani czymś nadnaturalnym. Przeciwnie – to jedność z naturą i rozumienie jej bez romantyzowania. Przyjmowanie jej piękna i surowości, odczuwanie, że jestem częścią większej całości. To wrażliwość na symbol, wyobraźnię, opowieści i przekonanie, że świat ma głębsze warstwy znaczeń. Dorastałam wśród historii, metafor i silnych kobiecych postaci. W moim domu na stole leżały karty tarota, a rozmowy o spotkaniach z duchami nie były tabu. Zagadywało się ciasto w piekarniku, by dobrze rosło, traktowało stół jak ołtarz, używało symboli. Odziedziczyłam silną intuicję i wysoką wrażliwość po kobietach z mojej rodziny – mamie i babci. Dzięki temu intuicyjnie rozumiem rzeczy, które na pierwszy rzut oka są niewidzialne. Wyczuwam ludzi i miejsca. Zawsze fascynowało mnie to, co metafizyczne, niewyjaśnione, ukryte pod powierzchnią – bardziej niż to, co oczywiste. Przeżyłam wiele doświadczeń z pogranicza, które wystarczyłyby pewnie na osobną książkę. Wierzę, że świat nie kończy się na tym, co widzialne.
W Internecie Michalina Nesterenko jest Czarodziejką Uśmiechu – niesie Pani ludziom uśmiech?
MN: Ta nazwa powstała 16 lat temu. Była częścią projektu „Filozofia uśmiechu”. Pracowałam wtedy jako dziennikarka w lokalnej prasie oraz prowadziłam warsztaty literackie i dziennikarskie dla uczniów w Pałacu Młodzieży w Gdańsku. To właśnie tam, z grupą moich podopiecznych, organizowaliśmy akcję rozdawania uśmiechu. Tworzyliśmy karteczki z pozytywnymi hasłami i rozdawaliśmy je ludziom w szkole, na ulicy, w SKM-ce czy w tramwaju. Głęboko wierzę, że możemy uczynić świat choć odrobinę lepszym miejscem, a dzielenie się uśmiechem jest jednym ze sposobów. Wtedy przylgnęła do mnie nazwa Czarodziejka Uśmiechu – i tak już zostało. Dzisiaj dzielę się nie tylko uśmiechem, ale także narzędziami, które pomagają nam poczuć własną sprawczość. Po to właśnie motam lalki. To ta sama idea: sens, symbol, intencja, poprawianie świata w małej skali. A sądząc po setkach historii moich odbiorców – działa.
Dziękuję za rozmowę

Foto: użyczone











