„Volva we wczesnośredniowiecznych, pogańskich społecznościach ludów Skandynawii miała stanowić rolę łączniczki między światem bogów i innych nadprzyrodzonych bytów oraz ludzi. Zazwyczaj działała w charakterze podobnym do rodzimych słowiańskich wiedźm”. Dominika Wasilewska-Pietras stała się Volvą, gdy dołączyła do drużyny Wojów Biały Niedźwiedź, którzy mówią o niej, że jest ich duchowym przewodnikiem. Agnieszka Góralczyk rozmawia z Dominiką Wasilewską-Pietras m.in. o tym, czym zajmuje się Volva, o wróżeniu z run czy wytwarzaniu szklanej biżuterii.
Co sprawiło, że zdecydowała się Pani dołączyć do drużyny Wojów Biały Niedźwiedź?
DWP: Przed powstaniem Drużyny, udzielałam się w kilku innych grupach zajmujących się rekonstrukcją historyczną. Gdy Tomasz (Jarl – głowa stowarzyszenia) zdecydował się na założenie Białego Niedźwiedzia, postanowiłam wziąć udział w tym projekcie. Zainteresowanie rekonstrukcją historyczną narodziło się u mnie w latach nastoletnich, gdy zaczęłam zgłębiać ludowe rzemiosła oraz krawiectwo historyczne – z początku chciałam działać w środowisku późnośredniowiecznym, ale z czasem okazało się że słowiańsko-wikiński klimat wczesnego średniowiecza jest mi bliższy.
Z zawodu jest Pani konserwatorem zabytków, a to chyba pokrewna pasja z tym, co robi Pani hobbystycznie po godzinach pracy?
DWP: “Pokrewna” to za dużo powiedziane, owszem, w obu tych sferach przydatne są umiejętności manualne i wiedza historyczna oraz archeologiczna, ale tu podobieństwa się kończą. Zawodowo zajmuję się głównie obiektami barokowymi, rzadziej renesansowymi, czy gotyckimi – to przynajmniej 500 lat po odtwarzanym przeze mnie okresie. Ponadto, celem konserwatora jest zachowanie wartości artystycznej, często przy użyciu nowoczesnych środków i narzędzi. Rekonstruktor historyczny dąży zaś do odtworzenia realiów życia, więc też elementy rekonstrukcji często są wykonane z mniej trwałych, ale mających swe poświadczenie w źródłach, materiałów, tradycyjnymi metodami.



W drużynie jest Pani Volvą. W dawnych wierzeniach była to skandynawska wieszczka – jaka jest Pani rola? Czym zajmuje/ zajmowała się Volva?
DWP: Volva we wczesnośredniowiecznych, pogańskich społecznościach ludów Skandynawii miała stanowić rolę łączniczki między światem bogów i innych nadprzyrodzonych bytów oraz ludzi. Zazwyczaj działała w charakterze podobnym do rodzimych słowiańskich wiedźm – organizacja i udział w obrzędach, pomoc medyczna, czy psychologiczna w ramach małej społeczności, na przykład niewielkiej wioski. Kulturę ludów północy odróżniają jednak liczne formy wróżbiarstwa, w tym tzw. seidr – mógł być to trans, podczas którego Volva wieszczyła, lub świadomie rzucone zaklęcie. Kobiety uprawiające seidr uznawano za szczególnie potężne volvy, popularną praktyką było zapraszanie takowych na uczty podczas których organizowano taki właśnie seans wróżb. Wieszczka musiała otrzymać również sowitą zapłatę, stąd często ekstrawagancki wygląd kobiet wykonujących tę profesję. Jako przykład można podać Thorbjorg z Sagi o Eryku Rudym, która na zaproszenie przybyła odziana w błękitną suknię ze srebrnymi dodatkami oraz… rękawiczki z kota. Po chrystianizacji Półwyspu Skandynawskiego, za praktyki seidr groziły surowe kary, przez co pozycja Volvy znacząco osłabła, w oczywisty sposób tracąc nimb mistycyzmu i spadając do roli zwykłej akuszerki. W Drużynie zajmuję się organizacją “klimatu” spotkań – często organizujemy je w terminach zbliżonych do dawnych świąt i staramy się nawiązać w ich trakcie do dawnych tradycji. Planuję, jakie aktywności zrealizować, aby wpisywały się także w kalendarz naszych przodków, organizuję dekoracje, prowadzę rekonstrukcje obrzędów. Nie jesteśmy grupą religijną, nasze rekonstrukcje obrzędów mają charakter inscenizacji.
Podobnie jak dawne Volvy, także wróżę, lecz bez wprowadzania się w trans. Stosuję rozmaite praktyki znane z sag wikingów, z naciskiem na jedną z ciekawszych moim zdaniem, kleromancję, czyli wróżenie poprzez rzucanie lub losowanie, z wykorzystaniem run.
Gdzie przebiega granica między sacrum a profanum?
DWP: Myślę, że tam gdzie zostaną wyznaczone indywidualnie bądź przez społeczność. Mogą to być zarówno drzwi kościoła, ściana lasu, jak i określony rytuał.
Czuje się Pani łącznikiem z bogami?
DWP: Nie.
Jak dużą wiedzę musi posiadać Volva?
DWP: Kiedyś – dużą. Poza kompetencjami w zakresie zielarstwa, podstaw medycyny, istotna była inteligencja emocjonalna oraz wrodzona intuicja, które pozwalały wzbudzać zaufanie społeczności i skutecznie jej doradzać. Dzisiaj, to zależy. Na pewno w środowiskach całkowicie poważnie traktujących politeistyczno-animistystyczną duchowość, zrzeszających wyznawców Asathru – religii przedchrześcijańskich Skandynawów, wymagania są wysokie. Jednak w grupach rekonstrukcyjnych, jest to bardziej “tytuł honorowy” niż rzeczywista posługa duchowa, zatem nie wymaga szczególnego “natchnienia”.
Wojowie z drużyny mówią, że jest Pani ich duchowym przewodnikiem? Można to rozdzielić na czas spędzany w drużynie i poza nią?
DWP: Wydaje mi się, że nie mówią tego z pełną powagą. Są moimi przyjaciółmi, lubię ich słuchać, czasem zdarza mi się coś doradzić. Podczas inscenizacji obrzędów jestem w pewnej roli, która stanowi jednak raczej czyste dekorum, a nasze relacje są podobne zarówno w drużynie, jak i poza nią.
Wróży Pani z run – gdzie i jak długo zdobywała Pani potrzebną do tego wiedzę?
DWP: Owszem, wróżę, ale w przeciwieństwie do większości osób pracujących z runami, używam tzw. “nowego futharku”, czyli systemu znaków stosowanego w piśmie oraz kleromancji (praktykach wróżbiarskich polegających na losowaniu) w kręgu kultury germańskiej od VII do XIII w. n.e. Zwykle do wróżenia używa się odmiany starożytnej, która posiada więcej znaków i są one bardziej zróżnicowane – jednak ze względu na charakter mojej działalności czytam ze znaków, które mogły być znane wikingom żyjącym w odtwarzanym przeze mnie okresie. Podstaw nauczyłam się przy okazji organizacji imprezy otwartej z okazji Dziadów w 2021 roku, w podobnym okresie roku przypadało skandynawskie Vetnaetr – święto, podczas którego wykonywano wiele interesujących obrzędów związanych z wróżbiarstwem, a także tworzono runiczne zaklęcia. Postanowiłam przybliżyć gościom temat w formie prelekcji… i totalnie wpadłam w “króliczą norę”. Najpierw zapoznałam się z samym pojęciem run, ich rolą w sagach (pomocne były publikacje dr Pawła Leszka Słupeckiego), a także samym alfabetem oraz przypisanymi do każdego znaku słowami. Słowa, choć wydają się przypadkowe (np. “bydło”, “wóz”, “lód”, czy imiona bóstw, jak Tyr czy Thor), niosą silny ładunek symboliczny, charakterystyczny dla mentalności ludu, który go stworzył. Przykładowo, runa odpowiadająca literze F nosi nazwę Fehu, co w staronorweskim oznacza “bydło” – absurdem w większości sytuacji byłoby odczytywanie tego znaku dosłownie, jako żywy inwentarz. Wiedza, iż średniowieczni skandynawscy hodowcy, mieli w swoich zagrodach raczej kozy i owce, a woły i krowy zapełniały obory wyłącznie najbogatszych gospodarzy, prowadzi nas do interpretacji znaku jako bogactwa, dóbr materialnych. Zrozumienie wszystkich archetypów prezentowanych przez znaki oraz odnoszenie ich do konkretnych osób i sytuacji jest skomplikowanym procesem, a umiejętność tę rozwijam do dziś. Aby wróżby były pełniejsze, zaczęłam stosować układy zaczerpnięte z tarota, ponieważ mimo okrojonej ilości znaków, system jest podobny. Obserwowałam również bardziej doświadczone w temacie osoby, jak pani Joanna Kudłaszyk, która wróży z run od kilkunastu lat, z niezwykłą skutecznością.
Czy poza festiwalami z rekonstrukcjami historycznymi zdarza się Pani stawiać runy – sobie lub innym osobom?
DWP: Tak, regularnie stawiam runy sobie, czasem też bliskim, celem, nie tyle przewidzenia przyszłości, co motywacji do spojrzenia na sprawy z innej perspektywy. Archetypy zawarte w runach są uniwersalne dla osób wychowanych w naszym kręgu kulturowym, pozwalają jednym symbolem nakierować myśli na inny tor, co wydaje mi się cenne w naprawdę wielu sytuacjach.


Jest Pani również rzemieślnikiem – co Pani wytwarza?
DWP: Moją “specjalizacją” jest wytwarzanie szklanej biżuterii – głównie kopii historycznych szklanych paciorków, które należały do najpopularniejszych ozdób noszonych w odtwarzanych przeze mnie czasach. Ponadto, wykonuję ilustracje w technice tempery jajecznej, jednej z najstarszych technik malarskich, a także tkam i szyję, głównie na własne potrzeby.
Przygotowuje Pani różne obrzędy – wszystkie zgodnie z ich starodawną tradycją? Jakie np.?
DWP: Obrzędy przygotowuję na bazie wiedzy historycznej, etnograficznej oraz znanych nam wszystkim tradycji i zwyczajów, które pomagają tworzyć rodzinną atmosferę. Często łączę tradycje związane z kulturą germańską/skandynawską z tymi słowiańskimi. Dawne wierzenie często się przenikały, potrzeba odrębności była znacznie mniejsza niż w późniejszych czasach. Przykładowo, świętując przesilenie zimowe, łączymy tradycje Yule (germańskie), takie jak składanie przysięgi na pieczeń z dziczyzny, ze słowiańskimi Szczodrymi Godami – potrawy z makiem na stole, diduch (snopek zboża) w kącie. Poza tym, wiele zasad muszę naginać do sytuacji, chociażby wspomnianego Yule nie sposób zorganizować w najdłuższą noc w roku, gdyż większość członków grupy przygotowuje się wtedy do Świąt Bożego Narodzenia, które zamierzają spędzić z rodziną, co jest w oczywisty sposób ważniejsze. Innym problemem z odtwarzaniem dawnych obrzędów jest ich niekiedy brutalny charakter. Na przykład, głównym punktem obchodów Vetnaetr, było składanie niezwykle krwawych ofiar ze zwierząt, które z perspektywy dzisiejszej świadomości, są niedopuszczalne etycznie. Z kolei, próba ominięcia tego kluczowego dla rytuału elementu, sprowadziłaby go do śmieszności, dlatego jesienią świętujemy wyłącznie słowiańskie, spokojne, melancholijne, a przede wszystkim bezkrwawe Dziady.
Stosowany przez nas synkretyzm, może zostać skrytykowany przez co bardziej restrykcyjne grupy rodzimowiercze, jednak grupowo przyjęliśmy pewne zwyczaje jako nasze tradycje i się do nich przywiązaliśmy. Dążę do tego, aby obrzędy nie były wyłącznie rozpaleniem ogniska i wygłoszeniem jakiegoś monologu, a całe spotkanie odbywało się w klimacie danego święta. Organizacja aktywności, a także pasujących do okoliczności posiłków angażuje często całą Drużynę. Przykładowo, świętując Dziady przygotowujemy biesiadę złożoną z potraw uwielbianych lub chętnie niegdyś przygotowywanych przez naszych zmarłych bliskich.
Jak Pani pasja przekłada się na codzienne życie? To tylko zajęcie „po godzinach” czy sposób na życie?
DWP: Cenię ludowe zwyczaje, wiedza o ich pochodzeniu nie wywołała we mnie cynicznego odrzucenia, a raczej pogłębienie relacji z dziedzictwem kulturowym przodków. Pochodzę z chłopskiej rodziny ze wschodniej Polski, wśród moich bliskich wciąż żywe są liczne zwyczaje i przesądy, odbiegające często od utartej, chrześcijańskiej pobożności. Staram się w codziennym pędzie nie zapominać o celebracji ważnych momentów, zmian wewnętrznych, a także tych zewnętrznych – takich jak cykl roku. Traktuję swoją tożsamość Volvy jako jedną z cech swojej osoby, a nie opieram na niej całej osobowości.
Dziękuję za rozmowę
Foto: użyczone











