Strona główna / Wywiady / Fascynacja Japonią dała jej skrzydła

Fascynacja Japonią dała jej skrzydła

„Nigdy nie planowałam zostać pisarką. Nie miałam też poczucia, że robię coś, co kiedykolwiek trafi na półki księgarń” mówi o sobie Agnieszka Kulbat. Dziś autorka ma na swoim kącie kilka wydanych książek i opowiadań, które trafiły do różnych antologii. W rozmowie z Agnieszką Góralczyk, Agnieszka Kulbat opowiada o procesie tworzenia powieści, miłości do Japonii i sztukach walki, w których odnosiła sukcesy.

Ma Pani na swoim koncie już kilka wydanych książek, w tym opowiadania w antologiach. Jak zaczęła się przygoda z pisaniem i kreowaniem innych światów?

AK: Wszystko zaczęło się od pisania fanfiction. Była to forma zabawy, dzięki której poznałam wiele osób o podobnych zainteresowaniach. Nigdy nie planowałam “zostać pisarką”. Nie miałam też poczucia, że robię coś, co kiedykolwiek trafi na półki księgarń – nawet, kiedy zaczęłam pisać swoją pierwszą książkę. Pomysł na “Mojrę” mi się przyśnił i początkowo był kompletnie nieskładny. Zdecydowałam się nad nim popracować, dzięki czemu w 2021 r. na rynku pojawiły się “Przeklęte dzieci Inayari”, a następnie “Żniwa przepowiedni” i “Niczyja wojna”. Uniwersum Mojry było dla mnie pierwszym w pełni autorskim światem. Z miłą nostalgią wspominam zapisywanie mnóstwa kartek A4 przy jego planowaniu. Nadal mam je w szufladzie. Zebrała się ich naprawdę spora teczka. Pamiętam, że dawało mi to wtedy dużo radości, a to w pisaniu jest najważniejsze.

Pisze Pani książki z gatunku fantasy, literatury młodzieżowej, thrillery, romanse. To bardzo różnorodna tematyka. W którym gatunku czuje się Pani najlepiej?

AK: Fantasy to dla mnie gatunek można powiedzieć pierwotny, to dzięki niemu polubiłam czytanie i to on już na zawsze ze mną zostanie jako mój debiut. Nie ukrywam jednak, że równie dobrze pisze mi się thrillery. Choć w pewnym sensie może nawet łatwiej, ponieważ fantastyka wymaga wielu rzeczy, których inne gatunki nie potrzebują: nowego uniwersum, zasad magii, stworzenia dosłownie czegoś z niczego, a dopiero potem prowadzenia tam akcji. Thrillery dzieją się “w naszym świecie”. Jeśli umiejscawiamy powieść w Polsce w XXI w., wiele rzeczy jest dla odbiorcy oczywistych. Z fantastyką – taką jak Mojra – czyli umiejscowioną w zupełnie nowym uniwersum, tej wygody już nie ma. Powiedziałabym, że pośrodku jest fantastyka osadzona w danym miejscu i czasie, jak moja trylogia “Dziedzictwo Stróża Nawii”. Jest to słowiantasy, ale jednak w XV-wiecznej Polsce. Nadal trzeba bardzo dużo poświęcić na fantastyczną otoczkę wydarzeń, lecz jasno zdefiniowane realia średniowiecznego Poznania czy Piotrkowa na pewno to ułatwiają. Jeśli chodzi z kolei o wątki romantyczne, to można je znaleźć w każdej mojej książce. Prócz dylogii Blef nie są one jednak dominujące. Same romanse natomiast na pewno pisze mi się najszybciej. W związku z tym ciężko mi powiedzieć, w jakim gatunku czuję się najlepiej, bo nad każdym pracuje się inaczej. Niekoniecznie lepiej bądź gorzej. Finalnie liczy się tylko tyle, by historie były angażujące i ciekawe – takie, jakie chciałabym przeczytać jako odbiorczyni. Gatunek jest wtedy konsekwencją, a nie celem samym w sobie.

Dlaczego w Pani książkach tak mocno zaakcentowany jest motyw słowiańskości? Skąd zafascynowanie akurat tą mitologią?

AK: Słowiańskość to dla mnie relatywnie świeży temat. Moim pierwszym krokiem w słowiantasy było opowiadanie “Dziecina się kwili, matusieńka lili…” w antologii Kwiat Paproci i inne legendy słowiańskie. Tak naprawdę dopiero wtedy weszłam głębiej w słowiańskość i… przepadłam. Ciągiem napisałam “Wezwanie Żmija”, a ledwo miesiąc temu premierę miała druga część trylogii Dziedzictwo Stróża Nawii pt. “Wola Żmija”. Wierzenia słowiańskie są moim zdaniem wyjątkowe na tle innych z uwagi na swoją niejednoznaczność i nierozerwalny związek z folklorem. Im bardziej pogłębiam swoją wiedzę, tym bardziej utwierdzam się w przekonaniu “wiemy, że nic nie wiemy”, co daje mi, jako pisarce fantasy, ogromne pole do interpretacji. Staram się dzięki temu łączyć wiedzę źródłową z atrakcyjnością literacką. Nierozerwalnie związane ze słowiańskością są też motywy ludowe i zawsze dbam o to, aby nie były tylko dekoracją. Każdy rytuał, legenda czy element demonologii pojawia się w konkretnym celu fabularnym.

Długo trwa proces tworzenia powieści?


AK: To bardzo indywidualna kwestia i zależy od konkretnej książki. Samo pisanie bywa najszybszym etapem, choć oczywiście nie zawsze najłatwiejszym. Dużo więcej czasu zajmuje mi research, czytanie opracowań, robienie notatek, planowanie fabuły i świata przedstawionego oraz praca na ukończonym już tekście. W trakcie pisania często wracam też do wcześniejszych rozdziałów, poprawiam je, ujednolicam, bo historia potrafi się rozrastać i ewoluować w trakcie pracy. Do tego dochodzi jeszcze proces wydawniczy, który rządzi się swoimi prawami. Od momentu ukończenia tekstu do jego publikacji potrafi minąć od kilku miesięcy do nawet półtora roku.

Która z napisanych książek jest Pani ulubioną?

AK: Nie potrafię wskazać jednej książki, bo każda z nich powstawała w innym momencie mojego życia i z innych powodów. „Mojra” jest dla mnie szczególna, bo była debiutem i początkiem całej drogi, ale powieści słowiańskie są dla mnie istotne ze względu na kulturę i zawarty w nich humor. Thrillery z kolei pozwoliły mi poruszyć tematy trudne i często pomijane, zwłaszcza w literaturze o nastolatkach, więc są mi bliskie emocjonalnie. Każda z książek nauczyła mnie czegoś innego jako autorkę, dlatego wolę myśleć o nich jako o etapach, a nie rywalizujących ze sobą projektach.

A teraz kilka słów o samej autorce, kobiecie zafascynowanej Japonią? Co takiego wyjątkowego jest w Kraju Kwitnącej Wiśni, że go Pani pokochała?

AK: Wychowałam się z kulturą Japonii w tle – czy to od strony popkultury czy tradycji i podejścia do życia. Z jednej strony było to anime, które ukształtowało moją wrażliwość i nauczyło charakterystycznego sposobu opowiadania historii, a z drugiej oyama karate, japońska sztuka walki, która przez wiele lat była ogromnym kawałkiem mojego życia. Te dwa światy bardzo wcześnie się ze sobą połączyły, a później wzajemnie uzupełniały. Karate dało mi dyscyplinę, konsekwencję, szacunek do pracy nad sobą i do drugiego człowieka. Nie był to dla mnie wyłącznie sport, lecz sposób myślenia i funkcjonowania na co dzień. Anime natomiast chwyciło mnie za serce swoją formą, a finalnie stało się powodem, dla którego zaczęłam pisać. Te dwie kwestie przenikają się do tego stopnia, że swoje pierwsze fanfiction napisałam dzięki rozmowie z koleżankami po treningu karate. Dlatego też, gdyby nie fascynacja Japonią, możliwe, że nie pisałabym dziś książek.

Jaka jest Japonia z punktu widzenia turysty, który ją zwiedza? Co najbardziej zaskakuje, a co szokuje?

AK: Japonia, której w większości doświadczyłam była głośna i zatłoczona. Miałam jednak okazję zwiedzić m.in. cichą i spokojną Kamakurę. Jeden dzień wystarczył, żebym się w niej zakochała, bo była przeciwieństwem harmidru i tłoku, a w dodatku nagromadzenie świątyń, góry i mała ilość turystów spowodowała, że wspominam ją wręcz jako magiczną. Z racji, że kultura japońska nie jest mi obca, nic mnie raczej nie zszokowało. Zachwyciło? Tak. Utwierdziło w sympatii do kultury? Też tak. Natomiast pozwoliło również z bliska spojrzeć na cienie japońskiego społeczeństwa, które jak nikt inny jest przykładem na to, jak w codziennym życiu można spokojnie pędzić.

Trenowała Pani Oyama Karate. Agnieszka Kulbat nie obawia się chodzić wieczorami po ulicach?


AK: Nie powiedziałabym, że się nie obawiam. Strach to naturalna reakcja, a żadne treningi nie dadzą gwarancji bezpieczeństwa. Oyama karate nauczyło mnie czujności i pewności siebie, a nie poczucia nieśmiertelności. Świadomość własnego ciała, przestrzeni i granic jest nieoceniona. Straciłam ją jednak kilka lat temu i obecnie jestem w trakcie rehabilitacji, ale mam ogromną nadzieję, że uda mi się kiedyś wrócić do treningów – niekoniecznie na tych samych zasadach co wcześniej, lecz w zgodzie z możliwościami własnego ciała.

Odniosła Pani sukcesy na arenie międzynarodowej. Pochwali się Pani nimi?

AK: Największe sukcesy odniosłam w oyama karate, w którym zdobyłam mistrzostwo Europy, a dwa lata później wicemistrzostwo. W międzyczasie były też medale na mistrzostwach i pucharach Polski. Warto też na starcie dodać, że w karate są dwie główne konkurencje: kumite (walki) oraz kata (prezentowanie techniki). To właśnie w walkach zdobyłam złoto i srebro Europy juniorów, w kata miałam osiągnięcia na szczeblu ogólnopolskim. Wcześniej wyczynowo trenowałam pływanie oraz siatkówkę. Te doświadczenia bardzo wyraźnie przeniosły się do mojej twórczości. Dzięki nim sceny walki w moich książkach są realistyczne.

Czuje się Pani kobietą spełnioną?

AK: Nie myślę o spełnieniu jako o stanie, który można raz osiągnąć i na tym zakończyć. Raczej jako o procesie, który cały czas trwa – bez jednoznacznej mety. Przynajmniej na ten moment. Teraz skupiam się na tym, że jestem w miejscu, w którym mogę się rozwijać – twórczo, zawodowo i prywatnie. Pisanie daje mi ogromną satysfakcję, kontakt z czytelnikami motywację, a praca poza branżą książkową stabilność. Czy będę kiedyś czuła się spełniona? Oby.

Dziękuję za rozmowę.

Fot. użyczone

Tagi:

Zostaw odpowiedź

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *