„ Zaczęło się dość prosto: od ludzi, którym samo oglądanie pojedynków w Gwiezdnych Wojnach przestało wystarczać. Chcieliśmy sprawdzić, czy z walki mieczem świetlnym da się zrobić coś więcej niż machanie świecącym kijem na konwencie. Szybko okazało się, że tak – ale tylko wtedy, gdy potraktuje się to jak prawdziwy trening, z zasadami bezpieczeństwa, techniką, powtarzalnością i szacunkiem do partnera” – mówi Bartłomiej Gajewski z Akademii SaberArts, szkoły zrzeszającej pasjonatów szermierki mieczami świetlnymi zainspirowanej uniwersum Star Wars. To właśnie tu pasja do kultowej sagi spotyka się z realnymi sztukami walki, a fani szkolą się od stopnia Adepta aż po Mistrza. W rozmowie z Agnieszką Góralczyk, Bartłomiej Gajewski opowiada m.in. o magii mieczy świetlnych, treningach, zainteresowaniu jakie pojedynki budzą wśród ludzi i o tym, czy każdy może zostać Rycerzem Jedi.
Akademia SaberArts łączy pasję do Gwiezdnych Wojen z elementami prawdziwej sztuki walki. Jak zaczęła się ta historia, czyli od treningów i filozofii Jedi, aż po widowiskowe mistrzostwa?
BG: Zaczęło się dość prosto: od ludzi, którym samo oglądanie pojedynków w Gwiezdnych Wojnach przestało wystarczać. Chcieliśmy sprawdzić, czy z walki mieczem świetlnym da się zrobić coś więcej niż machanie świecącym kijem na konwencie. Szybko okazało się, że tak – ale tylko wtedy, gdy potraktuje się to jak prawdziwy trening, z zasadami bezpieczeństwa, techniką, powtarzalnością i szacunkiem do partnera. Na początku najważniejsza była frajda i klimat, później doszły konkretne formy walki, stopnie, improwizacje, sparingi, choreografie i pokazy. Z czasem wyrosła z tego społeczność, która nie tylko trenuje, ale też organizuje warsztaty, występy i wydarzenia. Mistrzostwa czy turnieje były naturalnym kolejnym krokiem, bo ludzie chcieli sprawdzić swoje umiejętności w bardziej uporządkowanej formule. Dla mnie najciekawsze jest to, że cały czas balansujemy między nerdowską pasją, a naprawdę fizyczną, wymagającą aktywnością.
W jaki sposób przekładacie kanoniczne techniki, np. Makashi, Ataru czy Shien, z uniwersum Star Wars na realne i bezpieczne techniki szermiercze uczone na zajęciach?
BG: Nie traktujemy form Star Wars jak instrukcji obsługi jeden do jednego, bo filmowa choreografia rządzi się innymi prawami niż realny trening. Dla nas Makashi, Ataru czy Shien są raczej językiem ruchu i inspiracją: Makashi to precyzja, dystans i pojedynkowa elegancja, Ataru to dynamika i praca całym ciałem, Shien to kontratak i przejmowanie inicjatywy. Potem bierzemy ten klimat i przepuszczamy go przez filtr bezpieczeństwa, ograniczeń ciała i zwykłego zdrowego rozsądku. Jeśli coś wygląda dobrze w filmie, ale na sali grozi przypadkowym i kontuzyjnym trafieniem partnera, to tego tak nie uczymy. Miecz świetlny ma też inną specyfikę niż klasyczna broń, bo ostrze świeci, nie ma prawdziwej krawędzi i jest widowiskowe samo w sobie. Dlatego dużo pracujemy nad kontrolą, dystansem, tempem i tym, żeby ruch był czytelny dla partnera. Najlepszy efekt jest wtedy, gdy technika wygląda jak Star Wars, ale ćwiczy się ją jak normalną sztukę walki.
Czy podczas treningów staracie się odtworzyć „filozofię Jedi” lub „Sithów”, czy skupiacie się wyłącznie na aspekcie fizycznym i sportowym?
BG: Raczej nie udajemy, że jesteśmy zakonem Jedi i nie robimy z treningów spotkań religijno-filozoficznych. Ale byłoby też nieuczciwe powiedzieć, że klimat nie ma znaczenia, bo dla wielu osób właśnie on jest pierwszym powodem, żeby przyjść. Filozofia Jedi przekłada się u nas głównie na bardzo praktyczne rzeczy: opanowanie, dyscyplinę, szacunek do partnera i odpowiedzialność za broń. Z kolei Sithowie są świetni jako motyw fabularny, pokazowy albo estetyczny, ale na sali nikt nie ma prawa trenować „ciemnej strony” w postaci braku kontroli. Można mieć czerwony miecz, czarny strój i groźną minę, ale nadal trzeba słuchać instruktora i uważać na innych. Najważniejszy jest aspekt fizyczny, ruchowy i społeczny.
Czy kolor miecza, np. niebieski, zielony czy czerwony, ma u Was jakieś znaczenie, czy uczestnicy mogą wybrać broń całkowicie wedle własnych upodobań?
BG: Na treningach kolor miecza jest przede wszystkim kwestią gustu. Nie mamy zasady, że niebieski oznacza Jedi, czerwony Sithów, a zielony kogoś bardziej zaawansowanego. Uczestnicy wybierają broń według tego, co im się podoba, co dobrze wygląda i co dobrze leży w dłoni. W pokazach kolor może mieć znaczenie fabularne, bo czerwony miecz od razu pomaga publiczności zrozumieć, kto jest raczej po „złej” stronie sceny. Ale to jest narzędzie narracyjne, a nie system rang. Przy wyborze miecza ważniejsze są dla nas długość, wytrzymałość, bezpieczeństwo i wygoda rękojeści. Kolor jest rzeczą drugorzędną.
Trzeba mieć doświadczenie w szermierce lub sztukach walki, żeby zapisać się na pierwszy trening i zacząć władać mieczem świetlnym?
BG: Nie, absolutnie nie trzeba. Wiele osób przychodzi do nas bez żadnego wcześniejszego doświadczenia w szermierce, sztukach walki czy akrobatyce. Na pierwszym treningu ważniejsze od doświadczenia są chęć nauki, słuchanie zasad bezpieczeństwa i brak ego większego niż Gwiazda Śmierci. Osoby po szermierce, HEMA, karate, tańcu czy akrobatyce często mają łatwiej ruchowo, ale czasem muszą też oduczyć się pewnych nawyków, jak walka rywalizacyjna. Zaczynamy od podstaw: postawy, pracy nóg, prostych cięć, bloków i kontroli dystansu. Każdy kiedyś pierwszy raz trzymał miecz i nikt rozsądny nie oczekuje, że nowa osoba od razu będzie walczyć jak Yoda czy Obi-Wan.
Z jakiego sprzętu korzystają Wasi adepci i czy Akademia zapewnia miecze świetlne osobom, które dopiero zaczynają swoją przygodę?
BG: Korzystamy z mieczy przeznaczonych do treningu i pojedynków. Taki miecz ma wytrzymałe ostrze z poliwęglanu, solidną rękojeść i elektronikę, która daje światło oraz dźwięk. Początkujące osoby nie muszą od razu kupować własnego sprzętu, bo na start można skorzystać z mieczy wypożyczanych w Akademii. To jest nawet rozsądniejsze, bo dopiero po kilku treningach człowiek wie, czy woli miecz cięższy, lżejszy, dłuższy, krótszy albo z innym typem rękojeści. Osoby bardziej zaawansowane zawsze mają już własne miecze, czasem spersonalizowane. Warunek jest prosty: sprzęt musi być sprawny i bezpieczny. Jeśli miecz jest uszkodzony, ostrze pęknięte albo nie nadaje się do kontaktu, bateria rozładowana albo lampa ledwo świecąca, to miecz nie może być używany.
Ile czasu zajmuje przygotowanie profesjonalnego pokazu choreograficznego na takie wydarzenia, jak choćby Wasze występy na konwentach Pyrkon?
BG: Z jednej strony – z marszu, bo czasem nawet nie omawiamy planu pokazu, tylko “jedziemy na spontan”. Z drugiej strony – ćwiczymy to latami. Jeśli walczy dwoje doświadczonych wojowników, którzy znają wspólny język ruchu, jest to trudne do rozróżnienia od umówionej choreografii. Ale profesjonalny pokaz na duże wydarzenie wymaga już scenariusza, podziału ról, choreografii, prób, muzyki, strojów i dopasowania wszystkiego do warunków sceny. Czasem stworzenie dwuminutowej walki choreograficznej potrafi zająć kilka godzin treningów. Trzeba ustalić nie tylko efektowne akcje, ale też to, gdzie kto stoi, kiedy wchodzi, kiedy schodzi i jak unikamy chaosu. Na konwentach dochodzi jeszcze presja publiczności, ograniczony czas techniczny i często nietypowa przestrzeń.
Jak wygląda Wasza społeczność i czy zrzeszacie wyłącznie zapalonych fanów science-fiction, czy również osoby szukające po prostu nowej, aktywnej formy spędzania wolnego czasu?
BG: Fani Gwiezdnych Wojen oczywiście są u nas bardzo mile widziani i trudno udawać, że choć podstawowa znajomość uniwersum nie jest potrzebna. Ale Akademia SaberArts nie jest tylko dla ludzi, którzy znają na pamięć każdy jeden film i serial ze świata. Przychodzą osoby, które szukają nietypowego sportu, ruchu po pracy, sposobu na przełamanie rutyny albo społeczności, w której można robić coś aktywnego i trochę szalonego. Mamy ludzi od sztuk walki, tańca, cosplayu, akrobatyki, gier, fantastyki, ale też zupełnie „normalnych” dorosłych, którzy po prostu chcą się poruszać. To jest jedna z najmocniejszych stron Akademii: można wejść przez fandom, a zostać dla treningu i ludzi. Jest pot, są siniaki, jest śmiech i jest sporo bardzo konkretnej pracy nad ruchem. Najfajniejsze jest to, że miecz świetlny natychmiast skraca dystans – ludzie przychodzą nieśmiało, a po chwili otwierają się i gadają o wszystkim – czasem nawet aż za dużo (śmiech). Często zdarza się że przyjdzie para nowych osób, jedna “mocno zajawiona” a druga dla towarzystwa – i to ta druga się bardziej wkręca, bo nie miała oczekiwań.
Jak dużą rolę w Waszym stylu walki odgrywają elementy akrobatyki czy kuglarstwa i czy każdy adept musi je opanować?
BG: Akrobatyka i kuglarstwo są u nas przyprawą, a nie podstawą dania. Wyglądają świetnie, bardzo pomagają w pokazach i potrafią zrobić ogromne wrażenie na publiczności. Ale jeśli ktoś nie robi przewrotów, salt ani efektownych obrotów mieczem, to nadal może bardzo dobrze trenować SaberArts. Właściwie to pojedyncze osoby takie rzeczy robią. Podstawą jest kontrola broni, praca nóg, dystans, timing i umiejętność bezpiecznej współpracy z partnerem. Wolę prostą, czystą i kontrolowaną walkę niż widowiskowy ruch, po którym ktoś przypadkiem trafia drugą osobę w palce albo twarz. Oczywiście osoby, które chcą i mają predyspozycje, mogą rozwijać elementy bardziej akrobatyczne, aktorskie czy kuglarskie.
10. Jak reagują ludzie na widok osób walczących na miecze świetlne w przestrzeni miejskiej, np. podczas otwartych pokazów?
BG: Najczęściej najpierw widzimy telefony, potem uśmiechy. Dzieci reagują natychmiast, bo dla nich miecz świetlny jest po prostu magiczny. Dorośli często próbują udawać, że wcale ich to nie interesuje, ale po chwili też nagrywają albo podchodzą zapytać, gdzie można spróbować. W przestrzeni miejskiej trzeba oczywiście zachowywać się odpowiedzialnie, bo dla nas to pokaz czy trening, ale dla przechodniów może to być zaskoczenie. Dlatego dbamy o dystans, kontrolę i to, żeby było jasne, że to zorganizowana aktywność, a nie dwóch ludzi przypadkiem bijących się świecącymi rurkami. Reakcje są zwykle bardzo pozytywne, bo miecze świetlne mają tę rzadką cechę, że prawie każdy od razu rozumie, o co chodzi. Często największym zaskoczeniem dla ludzi jest nie to, że ktoś walczy mieczem świetlnym, tylko że w Polsce istnieje cała Akademia, która robi to regularnie.
Dziękuję za rozmowę














