Czy Wy podskakujecie? Tańczycie? Kręciołami kierujecie się do kuchni po herbatę? A kto ostatnio wydzierał się w lesie dziko, tak: „AAAAA!!!”? Albo: „Echo! echo!”? Kto skakał po kałużach w deszczu? A kto śpiewa pod prysznicem, przy goleniu, w samochodzie?
Czy to ważne? Bardzo! Znowu obejrzałam film Agnieszki Holland „Obywatel Jones” i przypomniało mi się opracowanie naukowe, z którego również korzystała reżyserka, mówiące o tym, że biolodzy twierdzą, iż wielu Ukraińców przetrwało Wielki Głód, tylko z powodu tego, że to naród kochający śpiewać i śpiewaniu oddający się nie tylko od święta. Otóż kiedy śpiewamy wprawiamy nasze ciało w rodzaj wibracji, dzięki temu nasz układ krwionośny lepiej działa, serce energiczniej pompuje krew itp. Podobnie pobudza się nasz organizm kiedy skaczemy, tańczymy, śmiejemy się. Na jednej ze stron zakupowych jest taka maszyna (bardzo droga), do której przypinamy się pasami i wprawiamy całe ciało w delikatny ruch, lektor opisuje jej liczne walory prozdrowotne… Naprawdę!
Moja babcia Michasia, zawsze mawiała, że śmiech to zdrowie. Kiedy wkroczyłam w wiek notorycznego odchudzania, mówiła nawet, że śmiech działa odchudzająco. Faktycznie w trakcie ataków śmiechu mięśnie brzucha nieźle się napracują… Kiedy miałam ostatnio atak śmiechu, o którym tyle opowiadają dzieci, bo najczęściej łapie na lekcji…?
Wydajemy ciężkie pieniądze na masaże, w których niezależnie od metody wszystko zaczyna się od rozluźnienia ciała. A my potrafimy przecież zrobić to sami, tylko zapominamy, że umiemy i że to fajne. I nie chodzi mi o skakanie na skakance, kiedy to trening przed maratonem, zumbę którą uwielbiam, czy „kochanie pomasuj mi kark”. Namawiam do spontanicznych podskoków, do tańczenia w kuchni po usłyszeniu ulubionej piosenki, do śpiewania… albo malowania – nie, nie przy okazji remontu. Jest mnóstwo odprężających rysowanek do kupienia, ale można przecież pożyczyć kredki czy farbki od naszych dzieci i malować.
Nie tylko dlatego, że to zdrowe dla naszego ciała, ale także dla naszej duszy. Każdy psycholog zgodzi się ze mną, że powinniśmy się opiekować -naszym wewnętrznym dzieckiem, swoim chłopcem, czy dawno wypędzoną dziewczynką – dla poczucia wewnętrznej równowagi. Bawmy się; weźmy się za ręce i skaczmy! Obejrzyjcie „Avatara”, albo płaczcie przy łzawym melodramacie, pośpiewajcie w lesie stare przeboje, tak może być z wymyślonymi słowami albo włączcie Nirvanę i drzyjcie się jak 30 lat temu…
W wiosenny czas, uwolnijmy w sobie dziecko, którym przecież byliśmy, bądźmy na kilka chwil nieodpowiedzialni. Czasem trzeba porzucić dorosłość.
No wiem, słyszę te oburzone głosy mam i żon, grożenie palcem, bo też mam wrażenie, że większość mężczyzn jest lepiej zżyta ze swoim wewnętrznym dzieckiem. Prawda? Na poszukiwania wewnętrznego dziecka namawiam zatem głównie nas kobiety, a panowie, pomóżcie nam w tym. Może jutro się uda?
Aldona Ziółkowska-Bielewicz











