Strona główna / Zapowiedzi / Ta baśń może zastąpić smartfon

Ta baśń może zastąpić smartfon

Impulsem do stworzenia Hellonii stał się czas, kiedy opiekowałam się moim dzieckiem. Najpierw była to opowieść „na dobranoc”, ale zaczęła się rozrastać, powstało miasto, pałac, legendy, historia. Postanowiłam ją spisać, żeby nie uciekła”- tak o swojej debiutanckiej powieści mówi jej autorka, Iwona Ewa Czaplicka, która stworzyła opowieść okraszoną baśnią z nutą pradawnej magii. Jest to niezwykła historia, z którą można dorastać. Autorka proponuje młodym ludziom coś w zamian za odłożenie telefonów – proponuje baśń alternatywną do smartfonów. W rozmowie z Agnieszką Góralczyk, Iwona Ewa Czaplicka opowiada m.in. o impulsie, który pchnął ją do powołania do życia Helloni, o tym dlaczego potrzebujemy literatury fantastycznej i świecie, który przyciąga do siebie czytelnika jak magnes.

Co czuje autor, kiedy na rynek wydawniczy wkracza jego debiutancka powieść?

ICZ: Wiele emocji. Na pewno dużą radość, bo „Hellonia. Tajemnica Pięcioksięgu” powstawała długo. Ponadto niepokój o to co będzie dalej. Co się stanie, jeśli książka nie trafi do swoich odbiorców, jeśli nikt nie będzie czekał na drugą część? Na szczęście piszę to, gdy już wiem, że są osoby, które czekają. Zaczynają się też nowe zadania związane z promocją. Trzeba oderwać się od pisania, wyjść zza kulis, wejść w nową rolę – nie tylko pisarza, ale też tego, kto prezentuje swoją książkę. To dla mnie trudne zadanie, bo nigdy nie dążyłam do popularności. Pojawiła się za to przyjemność z tego, że ktoś chce o Hellonii porozmawiać, spytać o bohaterów, niepokoi się ich losem, dopytuje o szczegóły, traktuje Hellonię tak jak ja – jakby istniała naprawdę. W czasie rozmów „Hellonia…” naprawdę ożywa.

Co było bezpośrednim impulsem do stworzenia świata ukrytego w cieniu Czarnej Góry?

ICZ: Impulsem do stworzenia Hellonii stał się czas, kiedy opiekowałam się moim dzieckiem. Najpierw była to opowieść „na dobranoc”, ale gdy zaczęła się rozrastać, powstało miasto, pałac, legendy, historia. Postanowiłam ją spisać, żeby nie uciekła. Przyświecała mi myśl, że być może młodzi czytelnicy nie znaleźli jeszcze odpowiedniej dla siebie baśni, że może „Hellonię…” odnajdą inni rodzice, którzy będą chcieli opowiedzieć o niej swoim dzieciom. Dostrzegłam wtedy, że przychodzi taki moment, gdy część dzieci zaczyna jakby wyrastać z baśni i mniej się nimi interesować. Pomyślałam, że być może dzieje się tak dlatego, że historii dla młodzieży kończącej szkołę podstawową, skrojonych na etap wyrastania z dzieciństwa, jest po prostu za mało. Takich baśni, z którymi można dorastać, a już szczególnie skierowanych do chłopców – zakorzenionych w świecie nastolatków, a jednocześnie puszczających oko do świata dorosłych. Wymyśliłam baśniowy świat, do którego przeniosłam współczesnych nastolatków i ich problemy. Upominamy młodzież, żeby odłożyła telefony, odpoczęła, odetchnęła, ale coś jej trzeba w zamian zaproponować. Baśń to alternatywa dla smartfonu. Proponuję im więc „Hellonię…”, inną baśń niż te, które znają. A może to właśnie „Hellonia…” stanie się ich ulubionym światem, w którym poczują się jak u siebie?

Miasto Hellonia jest odcięte od świata. Czy kreując tę przestrzeń, inspirowała się Pani realnymi miejscami, czy to całkowicie wytwór Pani wyobraźni?

ICZ: Hellonia jest całkowicie fikcyjnym światem, który powstał w mojej wyobraźni. Ona się pojawiła, wymyśliła sama. Nie była zaplanowana, nie miałam żadnych założeń. Najpierw powstało miasto, potem legendy stanowiące podwalinę jego istnienia i historia. Następnie ten świat wypełnił się bohaterami, a oni zaczęli w nim żyć. Przygody, które się tam zdarzały, mnie samą czasami zaskakiwały. To fikcyjne miejsce, a jeśli istnieje naprawdę, to jest gdzieś bardzo, bardzo, bardzo daleko. Takie pytania jak zadane przez Panią Redaktor skłaniają mnie do refleksji, zastanowienia, jak to miasto powstało, dlaczego właśnie takie, a nie inne, ale nie mam na to jednoznacznej odpowiedzi.

Tytułowy Pięcioksiąg daje nieograniczoną władzę. Gdyby miała Pani możliwość posiadania jednego z tych magicznych tomów na własność, jaką moc chciałaby Pani z niego czerpać?

ICZ: Gdy jeden tom jest daleko od innych nie można połączyć wszystkich pięciu ksiąg w jednych rękach. Tym samym nikt nie może uzyskać nieograniczonej władzy. Więc gdybym miała jeden tom, udałabym się z nim na pustynię albo poleciałabym w kosmos.

Łączy Pani w swoim życiu trzy skrajnie różne światy: literaturę fantasy, poezję oraz prawo. Te dziedziny bardziej ze sobą rywalizują, czy się uzupełniają?

ICZ: Ma Pani rację, na pierwszy rzut oka są to zupełnie skrajne światy, ale każdy umysł potrzebuje odpoczynku. Nawet w tych latach, gdy codziennie chodziłam do biura, po pracy czytałam, pisałam wiersze. Korzystałam też z dóbr kultury, żeby oderwać się od trudnych spraw. Wtedy właśnie pisanie pamiętników zastąpiłam pisaniem powieści. I to nie tylko powieści fantasty. Książka, która ukaże się jako druga moja opublikowana powieść, zrodziła się po części z moich zainteresowań prawem, a po części człowiekiem. A z drugiej strony światy, które Pani wymieniła, coś jednak łączy. Prawnicy na co dzień posługują się słowem. Zbudowanie wewnętrznie spójnego i wiarygodnego świata fantasy to wyzwanie. Praktyka prawnicza na pewno w tym pomaga, z tym, że język wypowiedzi bardzo się różni.

Jakie książki ukształtowały Panią jako czytelniczkę i sprawiły, że to właśnie fantasy stało się gatunkiem Pani prozatorskiego debiutu?

ICZ: „Hellonia…” była pierwszą książką, którą od początku pisałam z myślą o tym, że chcę się nią podzielić. Nie potrafię wskazać jednej czy kilku powieści, które stały się bezpośrednią inspiracją dla „Hellonii”, bo – jak już wspominałam – powstała spontanicznie, z opowieści. Mogę natomiast opowiedzieć o tym co ukształtowało mnie jako czytelniczkę. Moje zamiłowanie do literatury narodziło się na długo przed tym, zanim nauczyłam się czytać. Wszystko zaczęło się od „Baśni tysiąca i jednej nocy”, które czytał mi tata i ballad Mickiewicza. Później już sama sięgnęłam do świata baśni Braci Grimm i Hansa Christiana Andersena. Te i podobne historie wypełniały moje dzieciństwo. Potem przyszedł czas na takie lektury jak „Alicja w krainie czarów”, czy Tajemnicy ogród”. W moich czasach takie książki jak „Opowieści z Narni”, „Hobbit”, czy „Władca Pierścieni” nie cieszyły się taką popularnością jak dziś, bo dorastałam w PRL-u, a wtedy nie promowano magicznych światów, więc do wymienionych książek dotarłam dopiero jako osoba dorosła. W szkole podstawowej pochłaniałam głównie literaturę przygodową – doskonałe książki Zbigniewa Nienackiego i Edmunda Niziurskiego, a także powieści Małgorzaty Musierowicz. Dużo czasu spędzałam w bibliotekach podczytując fragmenty książek. Czytałam wszystkie lektury szkolne. To właśnie wtedy polubiłam poezję, a w liceum zwróciłam się już wyraźnie w stronę literatury pięknej i tak już zostało. W każdej epoce literackiej znajduję coś dla siebie. Nie ograniczam się też do jednego gatunku. Szczególnie lubię książki kreujące zamknięte, autonomiczne światy. Takich powieści na półkach z literaturą piękną jest wiele. Podam jako przykład książki: „Miasto ślepców” Joségo Saramago, „W kraju rzeczy ostatnich” Paula Austera oraz „Drogę” Cormaca McCarthy’ego. Ale potrafię przeczytać każdą książkę, o ile mnie zainteresuje, niezależnie od tego, czy jest to literatura uznana, czy nie. Sądzę, że to fascynacja dobrze wykreowanymi światami sprawiła, że napisałam powieść fantasy z własnym światem.

Gdyby Hellonia miała zostać sfilmowana, jaki reżyser najlepiej oddałby klimat Pani świata i komu powierzyłaby Pani skomponowanie ścieżki dźwiękowej?

ICZ: Zacznę od muzyki, bo w „Hellonii” ona nie jest tylko tłem. To również jeden z ważnych wątków tej opowieści. Pojawiają się różne instrumenty – znane i nieznane – rozbrzmiewa pozytywka, słychać śpiew i chór, a jeden z chłopców gra na wielu instrumentach. Towarzyszą temu lekkie, krystaliczne brzmienia inspirowane dźwiękiem mis, dzwonków, harf i piszczałek; pojawiają się nuty Persji i Bliskiego Wschodu oraz długie, czyste dźwięki kojarzące się z Tybetem. Ta muzyka nie ma jednej narodowości. Przenikają się w niej różne tradycje i brzmienia. Niesie klimat zamknięcia, tajemnicy i towarzyszy emocjom bohaterów. Muzyka, która towarzyszy mi podczas pracy nad „Hellonią…” pomaga mi zanurzyć się w jej świecie. Z głośników leci Dead Can Dance czy Loreena McKennitt. Czasami towarzyszą mi odgłosy przyrody – bulgoczących bagien, śpiewających ptaków, dźwięki z różnych stron świata lub dźwięki bliskie tym, które słychać w Hellonii. Nie potrafię wskazać jednej osoby, która mogłaby połączyć te dźwięki. Wyobrażałabym sobie twórcę, który z jednej strony zachowałby taki klimat, o jakim mówię, a z drugiej potrafiłby wnieść do niego współczesne brzmienia bliskie młodym ludziom. Z reżyserią jest podobnie. Mogą istnieć twórcy, których nazwisk nie potrafię dziś wymienić, którzy umieliby połączyć surowość kamiennego miasta i niebezpiecznej okolicy z baśniowym pięknem, zamkami, pałacami, niezwykłymi stworzeniami i przyrodą. Na pewno „Hellonię” sfilmowałabym z rozmachem, ale jednocześnie jako kino artystyczne, mocne wizualnie, autorskie.

Dlaczego Pani zdaniem dzisiejszy czytelnik tak bardzo potrzebuje literatury fantastycznej?

ICZ: Żyjemy w świecie pełnym reklam i komunikatów, za którymi stoją ogromne budżety i sztaby ludzi próbujących wpłynąć na nasze decyzje. Młodzież może czuć się w tym zagubiona, bo coraz częściej otwierają pięknie zapakowane pudełka z nic niewartą zawartością. Dlatego uważam, że baśnie są dziś niezwykle potrzebne. Nie tylko pozwalają oderwać się od codzienności, ale uczą samodzielnego myślenia, dokonywania własnych wyborów. Z jednej strony posługują się symbolami, przez co są dość proste w odbiorze, z drugiej, nie narzucają gotowych odpowiedzi. Pomagają oswoić lęki, w bezpieczny sposób przeżyć sytuacje, z którymi wcześniej czy później spotkamy się w prawdziwym życiu. Opowiadają o uczuciach i emocjach. I niezmiennie – uczą odróżniać dobro od zła. Powiem o tym, co może wyróżniać „Hellonię…”. Połączyłam w niej świat baśni ze współczesnym światem trzynastolatków. Zależało mi na tym, aby każdy młody czytelnik mógł odnaleźć w tej historii siebie. Równie ważny był dla mnie świat dorosłych. Oni nie są tylko tłem dla wydarzeń. Rozmawiają z młodzieżą, współdziałają, opowiadają swoje historie i wspominają własną młodość. Dzięki temu te same emocje – miłość, przyjaźń, rozczarowanie, lęk czy poczucie odpowiedzialności – można zobaczyć z różnych perspektyw i na różnych etapach życia. Chciałam pokazać miejsca połączenia tych światów, sytuacje w których zaczynają się rozumieć lub obdarzać zrozumieniem. W wieku trzynastu lat zaczynamy wyrastać z dzieciństwa i coraz uważniej przyglądamy się światu dorosłych. Chciałam, aby młody czytelnik mógł bezpiecznie do niego zajrzeć, a dorosły przypomnieć sobie, że był kiedyś dzieckiem. Myślę, że właśnie dlatego baśnie są potrzebne. Pozwalają spojrzeć na świat z wielu perspektyw i lepiej zrozumieć siebie oraz innych.

Co sądzi Pani o wykorzystaniu sztucznej inteligencji w literaturze? Czy technologia kiedykolwiek zastąpi ludzką wyobraźnię i wrażliwość pisarza?

ICZ: To obecnie bardzo popularny temat – właściwie temat rzeka, który bardzo mnie zajmuje, więc spróbuję odpowiedzieć krótko. W moim przekonaniu artysta to osoba, która ma coś do powiedzenia światu. Za pomocą obrazu, muzyki czy słowa zwraca się do odbiorcy – czasem chce coś wykrzyczeć, wyśpiewać, ofiarować albo po prostu opowiedzieć. Wykorzystywanie sztucznej inteligencji do konstruowania fabuły czy bohaterów literackich się z tym kłóci. Dawniej artyści po prostu przeczekiwali brak „weny twórczej”. Dzisiaj jest SI, która może kogoś skusić, bo inni piszą szybciej, mają wielu czytelników i więcej zarabiają. I to uważam za niebezpieczne, bo jeśli zaczniemy traktować literaturę wyłącznie jak przemysł, możemy przestać tworzyć coś naprawdę wyjątkowego. Mam wrażenie, że w związku z upowszechnianiem SI stoimy na końcu pewnej epoki literackiej, i że historia właśnie teraz postawi grubą czerwoną linię końca epoki, bo SI staje się wszechobecna. Dlatego uważam, że bardzo szybko powinny pojawić się jasne regulacje prawne nakazujące oznaczanie utworów powstałych z użyciem SI, a może przy okazji też i przepisy dotyczące odpłatności za korzystanie przez twórców oraz nauczycieli SI z naszych dzieł i materiałów do uczenia maszyn. To zapewniłoby bezpieczeństwo twórcom, artystom, naukowcom. Powinniśmy szukać sposobów i metod, by nad tym wszystkim zapanować, zanim będzie za późno, bo tego, co już się zdarzyło, jeśli chodzi o postęp, nie cofniemy. Mam za sobą wieloletnie doświadczenie zawodowe z okresu, gdy wprowadzaliśmy w Polsce przepisy o ochronie danych osobowych. Sprowadziliśmy je sobie z UE na czas, i wolę nie myśleć, co by było, gdybyśmy bez tych regulacji weszli w epokę powszechnego internetu. Obecna sytuacja z SI wydaje mi się podobna. Czy sztuczna inteligencja kiedyś zastąpi ludzką wrażliwość? Chciałabym wierzyć, że nie. Informatycy przekonują mnie jednak, że możemy kiedyś dokończyć dzieło Frankensteina. Jaki będzie „potwór”, którego stworzymy? Sama wypytuję o to wszystkich, którzy mogliby coś wiedzieć na ten temat. Uspokaja mnie jedynie to, że postęp technologiczny nie jest do końca przewidywalny. Jako dziecko zupełnie inaczej wyobrażałam sobie współczesny świat, a tymczasem weszliśmy w epokę internetu, smartfonów i cywilizacja skręciła w zupełnie nieoczekiwanym kierunku. Z rozwojem sztucznej inteligencji może być podobnie. Może nas zaskoczyć coś, czego dziś nie potrafimy sobie wyobrazić.

Jak zareagowali Pani koledzy i klienci z branży prawniczej, gdy dowiedzieli się, że pisze Pani powieść o magii i klątwach?

ICZ: Pisanie grubych powieści to mrówcza praca wymagająca czasu i pełnego zaangażowania. Obecnie wydałam jedną książkę, ale w redakcji jest już kolejna – dla dorosłych, równie obszerna, a na moim biurku leży druga część Hellonii, która w tej chwili jest już dłuższa od pierwszej części. Przez to, że prawie całą swoją uwagę poświęcam pisaniu, czuję się bardziej pisarką niż prawniczką i byłam przekonana, że inni też tak mnie postrzegają. Wszyscy, którzy mnie znają, wiedzą, że „coś piszę” i że to są „jakieś książki”, bo często o tym wspominam. Kiedy człowiek nagle przepada bez wieści, musi się jakoś z tego wytłumaczyć. Okazało się jednak, że zaskoczyłam wiele osób. Nie tylko tym, że zadebiutowałam książką dla młodzieży, ale również jej treścią i stylem. Wielu moich znajomych przeczytało „Hellonię…” do końca i rzeczywiście muszę przyznać, że – niezależnie od branży – nie spodziewali się po mnie właśnie takiej książki.

Dziękuję za rozmowę

Tagi:

Zostaw odpowiedź

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *