Strona główna / Newsy / Opowieść, nie edukacja, jest najważniejsza

Opowieść, nie edukacja, jest najważniejsza

„Wydaje mi się, że w książkach dla dzieci czasami za dużo jest moralizowania i przemycania koncepcji pedagogicznych, a za mało dobrych historii, takich „bez spiny”. Takie najbardziej podobają się uczniom. Dlatego takie starałem się stworzyć, a do tego zainteresować ich Słowiańszczyzną, bez żadnych podtekstów ani ukrytych celów – mówi Michał Łuczyński, autor m.in. „Mitologii Słowiańskiej dla młodego czytelnika”. W rozmowie z Agnieszką Góralczyk udowadnia, że dawne mity i zapomniane wierzenia wciąż mogą rozpalać wyobraźnię współczesnych czytelników. Opowiada też m.in. o swojej pasji do badania słowiańskich wierzeń i gry na fortepianie.

Kiedy zrodziła się w Panu pasja do badania wierzeń dawnych Słowian?

MŁ: To było w gdzieś 2004–2005 r. kiedy zainteresowałem się bliżej Słowiańszczyzną. Z perspektywy czasu wydaje mi się to dość zabawnym epizodem, bo chodziło o napisanie hasła o mitologii słowiańskiej do amatorskiego bloga, który wtedy próbowałem pisać. Blog miał tytuł „Mitencyklopedia”, a ze Słowianami był ten problem, że trudno było napisać hasła o bogach i mitologii takie jak w wypadku mitologii greckiej, bo w każdej książce było na ten temat coś innego, a informacje trzeba było zbierać z bardzo różnych źródeł i do końca nie wiadomo było, czy to wszystko ma sens, czy to tylko takie gdybanie na zasadzie „wydaje mi się, że…”. Dzisiaj pamiętam, że trochę mnie bawiła ikonka, którą wtedy zmontowałem do hasła o mitologii słowiańskiej na tamtym blogu – był to kolaż bramy grodu w Biskupinie ze „Światowidem ze Zbrucza”, zrobiony jak pamiętam w darmowej wersji programu Paint Shop Pro, bardzo dobrego w tamtym czasie. Dzisiaj, jak sobie to przypominam, wydaje mi się, że było to dosyć przaśne. Jak wiemy, związek jednego i drugiego ze słowiańskością jest taki dość „umowny”, w każdym razie nieudowodniony. Było to skrajnie różne z tym, co udawało się napisać w wypadku mitologii Greków, Rzymian, Skandynawów, Hetytów i niektórych innych ludów. Poza tym jak tu pisać o typologii pochówków czy jakichś pojedynczych znaleziskach archeologicznych, kiedy przy Grekach i Hetytach były całe barwne opowieści i nawet dziesiątki postaci, które łatwo było opisać i były do tego materiały, dużo materiałów. A nawet był pewnej problem z selekcją, bo opowieści było tyle, że trzeba było wybierać. A u Słowian co? Nic albo prawie nic, jakieś szczątki informacji, w dodatku przedstawiane w każdej książce inaczej. Takie to były „problemy” z życia blogera-amatora w tamtym czasie. Ale potem zacząłem szukać coraz więcej i więcej informacji, artykułów i książek i powoli to się zaczęło układać w pewną całość. Jednak nie od razu, bo trwało to sporo lat. Dużo lat żmudnej pracy i szukania różnych rzeczy w bibliotekach.

Jak udaje się Panu oddzielić twarde fakty historyczne i etnolingwistyczne od fikcji literackiej podczas pisania książek o mitologii?

MŁ: Ciekawe pytanie. Wydaje mi się, że trudno jednoznacznie oddzielić twarde fakty i fikcję literacką, w pewnym sensie wszystko tu jest literaturą, kwestia tylko na ile opartą na jakichś schematach, które były (czy mogły być) historyczne. Można to chyba porównać do pisania powieści historycznej – wiadomo, że są wątki historyczne, a jest też warstwa fikcji literackiej. Postaci przeżywają różne przygody, perypetie, ale wiadomo, że to wszystko jest osadzone w rzeczywistości historycznej, która wiemy, że była. Taka lub bardzo podobna. Z historią religii jest w sumie nieco podobnie – jest różnica, kiedy ktoś wrzuca bóstwa słowiańskie w wątki narracyjne, o których wiemy, że były indoeuropejskie, a zatem prawdopodobnie funkcjonujące u historycznych Słowian, a kiedy ktoś wrzuca tych bogów w jakieś wymyślone historie, przydziela im całkiem dowolnie funkcje, cechy, każe im działać jako bohaterowie w motywach czy wątkach fabularnych, które są wymyślone czy wzięte skądinąd. Wiadomo, że zawsze opowieść trzeba czymś wypełnić, jakąś fikcją, dialogami czy przeżyciami bohaterów, ale staram się pamiętać, żeby to były historie odtworzone, a nie stworzone z niczego. Żeby to miało jakiś walor historyczny i było prawdopodobne historyczne. To da się zrobić, ale nie zawsze na tyle, na ile byśmy chcieli i na ile sam był chciał.

Co jest największym wyzwaniem przy rekonstrukcji mitów słowiańskich na potrzeby współczesnego czytelnika?

MŁ: Największym wyzwaniem jest to, aby te mity czy legendy przypominały podobne historie z mitologii Greków czy Skandynawów – to znaczy były w miarę spójnymi opowieściami, takimi z początkiem, końcem i zakończeniem, w których są jakieś motywacje bohaterów i w których o coś „chodzi”. Ale nie chodzi tu o to, żeby tylko była jakaś „spójność”, bo spójne mogą być też historie, które całkowicie sobie zmyślimy i przypiszemy im spójność. Niepowiązane wątki, wybrane z bajek i uzupełnione fantazją też możemy sobie nazwać spójnymi, ale to nie znaczy, że takie są. Więc rzeczywiście największym wyzwaniem przy pisaniu było to, żeby to były historycznie prawdopodobne historie. Historyczno-religijnie jest prawdopodobna opowieść o zaślubinach Nieba i Ziemi, o związku boskiego rodzeństwa i kilka innych wątków, których rozpisanie z imionami bogów słowiańskich nie jest wcale takie niemożliwe, jak się niektórym wydaje, bo istnieją badania naukowe na temat kilku takich historii o bogach i boginiach słowiańskich (osobiście najbardziej cenię sobie książki Wiaczesława Iwanowa i Władymira Toporowa, ale też np. Radoslava Katičića, choć nie wszystko tam warto brać za dobrą monetę). Więc mógłbym powiedzieć, że wyzwaniem jest przede wszystkim to, aby była to rekonstrukcja, a nie konstrukcja. Dla mnie osobiście nie jest ciekawe czytanie czegoś, co jest od początku do końca zmyślone – oparcie się na pracach naukowych jest tu potrzebne do tego, żeby to było w jakimś stopniu autentyczne. Oczywiście, że trudno z autentyzmem wyjść poza kilka tych narracji, które są dość dobrze przebadane przez naukowców, ale staram się nigdy nie wychodzić ponad to, co znajduję w nauce (np. w indoeuropeistyce czy archeologii). Plus oczywiście język – taki, aby z jednej strony nie zanudzić czytelnika opowieścią, ale z drugiej strony pokazać mu coś, czego może jeszcze nie znać, na przykład te wszystkie archaizmy. Dawni Słowianie nie mówili tak jak my, mieli różne swoje słowa, których my, Polacy, już od dawna nie używamy. To nadaje pewien koloryt opowieści, jakąś inność i dawność. A to jest moim zdaniem potrzebne, żeby pokazać to i owo z tamtej dawnej Słowiańszczyzny, na przykład słowa dawno już wyszły z użycia czy z trochę języka folkloru, z różnymi formułami czy środkami stylistycznymi.

Dlaczego Pana zdaniem mamy renesans słowiańskości, nie tylko w literaturze?

: Często się słyszy i czyta, że mamy boom na słowiańszczyznę, że trwa właśnie jakiś renesans itp. Do niedawna też tak myślałem, ale prawda jest chyba taka, że ulegamy czasami takiej narracji, że jest boom. W rzeczywistości to chyba nadal nisza. Wydaje mi się, że Słowiańszczyzna w gruncie rzeczy wciąż jest dość niszowa.

Pisanie dla dzieci wymaga szczególnego języka. Jak dopasowuje Pan trudne tematy historyczne do percepcji młodego czytelnika?

: Pisząc o wydarzeniach legendarnych czy historycznych, takich jak wojny sięgałem po prostu po folklor. Nie zastanawiałem się, jak pewne tematy ująć po dziecięcemu, ale zaufałem folklorowi, stąd w „Mitologii słowiańskiej dla młodego czytelnika” uważny czytelnik znajdzie sporo rozwiązań znanych z baśni, ale przede wszystkim z epiki ludowej. Przydały mi się przede wszystkim różne opracowania wschodniosłowiańskich bylin i południowych pieśni „junackich”, bo one bardzo dobrze pasują do opisywania tematów, które nieraz i zahaczają o jakąś przemoc czy grozę, w sposób łagodny i do przyswojenia nawet dla dzieci. A przy tym przez jakąś swoją poetykę pomagają trochę zneutralizować temat wojen albo innych wydarzeń z gatunku tych „nie dla dzieci”. A przy tym wprowadzają ludowy klimat i „swojskość”. To znaczy ludowy dla tych, którzy choć trochę znają ludowość. Na wschodzie albo południu jest jej w programach nauczania chyba więcej niż u nas, stąd w Polsce pewne rzeczy mogą być po prostu obce dla czytelnika, jak byliny rosyjskie czy poetyka pieśni ludowych. Ale to zupełnie inny temat.

Jakie wartości, poza czystą rozrywką i wiedzą historyczną, chce Pan przekazać młodym ludziom poprzez swoje opowieści?

: Przyznam, że pisząc dla dzieci, nie brałem w ogóle pod uwagę walorów edukacyjnych czy wychowawczych, jakie ktoś może wynieść z lektury. Chodziło mi przede wszystkim o opowiedzenie historii. Choć z drugiej strony można tam znaleźć takie wartości jak patriotyzm, walka ze złem, miłość (braterska, siostrzana, rodzicielska). Wydaje mi się, że w książkach dla dzieci czasami za dużo jest moralizowania i przemycania koncepcji pedagogicznych, a za mało dobrych historii, takich „bez spiny”. Takie najbardziej podobają się uczniom. Dlatego takie starałem się stworzyć, a do tego zainteresować ich Słowiańszczyzną, bez żadnych podtekstów ani ukrytych celów.

Pana książka Mitologia dawnych Słowian. Opowieść graficzna to połączenie tekstu i obrazu. Dlaczego zdecydował się Pan właśnie na formę komiksu/powieści graficznej?

: Bardzo chciałem zrobić komiks, bo czegoś takiego o Słowiańszczyźnie jeszcze nie było. Mniej więcej od wydania „Swarogowa” chodził za mną taki projekt i w końcu się udało, chociaż nie brakło różnych trudności po drodze ani zwrotów akcji. Dlaczego właśnie komiks? W popkulturze na pewno jest miejsce nie tylko na komiksy z uniwersum wikingów czy mity greckie. Słowiańszczyzna też powinna tam być. Właśnie dlatego poszedłem tym razem w komiks.

Czy nie jest tak, że zarówno mitologia słowiańska (choć ostatnio coraz mniej) jak i nordycka są jeszcze trochę pomijane chociażby w literacko-wydawniczym świecie?

: Moim skromnym zdaniem one są może przez większość wydawców pomijane, ale dlatego, że realnie to wciąż nisza, tak jak wcześniej zaznaczyłem. Wikingom jest łatwiej, bo na ich renomę pracuje od dziesiątek lat popkultura. Ze Słowianami jest różnie. Z drugiej strony łatwo to zrozumieć, bo temat jest dość specyficzny. U nas chyba kojarzy się chyba przede wszystkim z „piastowskimi” filmami kręconymi w czasach PRL albo powieściami typu „Dzikowy skarb”. A więc z niczym, co jest tu i teraz i co jest modne dzisiaj, „trendy” i „na fali”. I co dobrze się sprzeda. Prawda jest niestety taka, że publiczność wielkomiejska (a miałem nieraz okazję obserwować taką na różnych imprezach typu Wianki nad Wisłą) reaguje na piosenki takiego np. Żywiołaka różnie. Ma się czasem wrażenie, że lepsze przyjęcie miałyby zespoły z branży K-Pop niż słowiańska muza z głębokim przesłaniem. Chyba podobnie jest z literaturą. Tam, gdzie wydawcy znają rynek i odbiorcę, wychodzi powieść za powieścią (taką ze motywami słowiańskimi), ale inne podchodzą do tych klimatów – że z rezerwą, to mało powiedziane. Można wyrażać wobec tego zdziwienie czy dezaprobatę, ale chyba tak po prostu jest.

Jakie są Pana najbliższe plany wydawnicze? Czy młodsi czytelnicy mogą spodziewać się kontynuacji znanych serii, czy planuje Pan zupełnie nowy projekt?

: Kończę pisać dwie książki popularnonaukowe, a potem planuję zrobić sobie przerwę od pisania i wydawania. W dalszych planach jest jeszcze wydanie kontynuacji komiksu „Mitologia dawnych Słowian. Opowieść graficzna” – część 2 byłaby bardziej historyczna, z dziejów starożytnych. Ale to odległe plany i nie wiem jeszcze, czy je zrealizuję.

Jakie są Pana pasje pozaliterackie?

MŁ: Muzyka, jazda na rowerze, zwiedzanie, turystyka. Najbardziej lubię grać na fortepianie, niestety ostatnio zaniedbałem to hobby. Kiedyś bardzo często grałem (amatorsko), ale życie potoczyło się tak, że przestałem. Myślę, że wrócę do grania. Chciałbym też kiedyś zobaczyć Wzgórze Hisarlik, czyli Troję. To moje niespełnione marzenie.

Dziękuję za rozmowę

Tagi:

Zostaw odpowiedź

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *