„Wymyśliłam sobie anioła stróża kochającego sprzątać i potwora z zacięciem do gotowania, bo najbardziej na świecie nie znoszę stać przy garach i jeździć na mopie” – mówi mistrzyni humoru, czułego absurdu i twórczyni kultowego Licha. W rozmowie z Agnieszką Góralczyk, Marta Kisiel opowiada o cyklach książek, które podbiły serca małych i dużych czytelników w całej Polsce i nie tylko, a także o narodzinach mrocznego fantasy i komedii kryminalnych, które rozbawiają nas do łez.
Jak udaje się Pani tak płynnie łączyć grozę, humor i elementy obyczajowe, aby nie zatracić głębi?
MK: Wynika to chyba z mojej głębokiej potrzeby emocjonalnego oddechu. Nie da się nieustannie funkcjonować na tym samym tonie, i groza, i humor wymagają chwili przerwy, żeby mogły ponownie wywrzeć wrażenie na czytelniku. Natomiast warstwa obyczajowa buduje postacie, sprawia, że ożywają w oczach tegoż czytelnika — i dzięki temu jego zaangażowanie czy to w grozę, czy to w humor wzrasta. Jest w tym sporo planowania, ale też duży udział mojej intuicji, która robi swoje, nawet gdy ja nie patrzę.
Skąd wziął się pomysł na tak nietypową gromadkę jak Konrad Romańczuk, Licho i macki pod zlewem?
MK: Dawno, dawno temu, acz w tej samej galaktyce, ogłoszony został konkurs na opowiadanie o fantastycznej miłości. Byłam wtedy na czwartym roku studiów, pisałam pracę magisterską o frenezji romantycznej w twórczości Juliusza Słowackiego i wszelkiej maści gotyckie straszności towarzyszyły mi na porządku dziennym. Z połączenia tych dwóch bodźców w mojej głowie wyrósł najpierw gotycki dom na odludziu, który szybko zaludnił się nadprzyrodzonymi stworami. Zawsze się śmieję, że wymyśliłam sobie anioła stróża kochającego sprzątać i potwora z zacięciem do gotowania, bo najbardziej na świecie nie znoszę stać przy garach i jeździć na mopie, stąd też nieco mroczne fantazje o kimś, kto by mnie w tych czynnościach wyręczył. A potem do tego przedziwnego domu z przedziwnymi lokatorami wsadziłam dla kontrastu całkiem zwyczajnego faceta, fundując mu niespodziankę życia.
Cykl o Dożywociu (Dożywocie, Siła niższa, Oczy uroczne, Szaławiła) zdobył serca czytelników. Planuje Pani powrót do świata wykreowanego w „Dożywociu”?
MK: Takim powrotem był dla mnie cykl Małe Licho, który — choć jest skierowany do dzieci w wieku wszelakim — to w ostatnim tomie domyka również ten „dorosły” cykl, czyli Dożywocie. I robi to w sposób dla mnie osobiście niezmiernie satysfakcjonujący. Choć oczywiście czytelnicy chcieliby, żebym napisała co najmniej drugie tyle, ale cóż, uważam, że lepiej zostawić ich z poczuciem lekkiego niedosytu niż bólem brzucha od nadmiaru dobra.
Każda książka z wątkami fantastycznymi czy typowa fantastyka to bohaterowie niby niecodzienni, a zarazem tak bliscy czytelnikowi – jak rodzą się te wyjątkowe postacie, stworzenia, duchy?
MK: Jestem namiętną zbieraczką przydasiów — tyle że takich w głowie. Gromadzę informacje, ciekawostki, anegdoty z życia, czytam najrozmaitsze artykuły z przeróżnych dziedzin, jak również dużo literatury popularnonaukowej i naukowej. Oczywiście gromadzę także źródła i opracowania, w związku z czym już dawno skończyły mi się i regały, i ściany, przy których mogłabym postawić nowe, ale to mnie nie zraża. Nigdy nie wiadomo, czy przypadkiem za rok czy pięć lat nie przyda mi się informacja np. o życiu codziennym na statkach wielorybniczych w osiemnastym wieku, lepiej nie ryzykować!
Małe Licho podbiło serca małych i dużych czytelników. Skąd wziął się pomysł na anioła, który kocha sprzątanie, bamboszki i masło orzechowe?
MK: Zabrzmi to dziwnie, ale postać małego anioła stróża wzięła się z mojej wrodzonej przekory. Lat temu mniej więcej dwadzieścia nastąpił boom na motywy anielsko-dynamiczne w fantastyce oraz powieściach z gatunku paranormal romance. Anioły z mieczami, anioły z giwerami, anioły w miłosnych trójkątach typu ona, archanioł i książę ciemności — człowiek bał się otworzyć lodówkę, żeby nie wypadł mu gość strojny w pierze. A co dopiero człowiek tak uczulony na pierze jak ja! A że to właśnie wtedy wymyślałam opowiadanie o fantastycznej miłości, to przekornie postanowiłam umieścić w nim anioła, proszę bardzo, czemu nie, tyle że małego, pociesznego, zasmarkanego, który mógłby biegać co najwyżej z patykiem, a nie z mieczem ognistym. I tak z mojej przekory wyrosła postać chyba najbardziej ukochana przez moich czytelników, czyli Licho.
Skąd czerpie Pani pomysły na te wszystkie dziwne i zabawne powiedzonka w postaci np. „jasna rzyć”?
MK: Często są to powiedzonka gdzieś przeze mnie zasłyszane, od rodziny, znajomych lub całkiem przypadkowych osób — bezwstydnie przyznaję, że uwielbiam przysłuchiwać się rozmawiającym ludziom w miejscach publicznych, w kolejkach, w komunikacji, w sklepach i tak dalej, niejedną perłę w ten sposób odkryłam. Nic tak nie inspiruje jak żywy człowiek. A drugim źródłem jest moja własna głowa. Bardzo lubię bawić się słowem, szukać dowcipu, sentencji, budować charakter postaci również poprzez język, którym się posługuje. Język to zdecydowanie moja ulubiona zabawka.
Cykl wrocławski: Wrocław w cyklu nie jest tylko tłem, ale niemal żywym organizmem. Dlaczego właśnie to miasto stało się centrum urban fantasy?
MK: Jestem wrocławianką z urodzenia, spędziłam w tym mieście pierwsze dwadzieścia pięć lat życia, jego przestrzeń mnie ukształtowała. Równie ważne były opowieści mojego dziadka, który przyjechał tu jako dziecko zaraz po wojnie. Słyszałam od niego niejedną historię o tamtym świecie, o nieistniejących ulicach i budynkach, chłonęłam je jak gąbka. Prędzej czy później moja wyobraźnia musiała podążyć i w tę stronę.
Jak narodził się pomysł na postać scytyjskiego strzygonia?
MK: Och, w tej kwestii całą winę zrzucam na Normana Daviesa i Rogera Moorehouse’a. Ich Mikrokosmos to przykład przydasia, o którym wspominałam wcześniej, a zarazem najbardziej fascynująca opowieść o historii Wrocławia. Oderwać się nie mogłam! Potrzebowałam bohatera o bardzo pierwotnej naturze, mocno osadzonego nie tylko w przestrzeni starego miasta, ale też w przeszłości, możliwie jak najodleglejszej — bo to właśnie czas, jeden z najważniejszych wątków cyklu wrocławskiego, jest żywiołem Ramzesa, zaś Wrocław to jego odwieczne leże.
Jak zachować idealną równowagę między zbrodnią a komedią, aby utwór pozostał „komedią kryminalną”, a nie stał się po prostu ciężkim kryminałem?
MK: Och, to grząski grunt. Nie każde przestępstwo nada się na temat komedii kryminalnej, bo nie ze wszystkiego chcemy się śmiać, prawda? A nawet jeśli zaczynamy naszą historię od trupa, to wystarczy jeden nierozważny krok, żeby zrobiło się zbyt poważnie i cała lekkość przepadła bezpowrotnie. Wiele zależy tu chociażby od ekspozycji, od tego, jak opiszemy samą zbrodnię, ile czasu i uwagi jej poświęcimy. Ciężki kryminał może to robić choćby i przez pięć rozdziałów, taplać się w szczegółach i okropieństwach, tymczasem komedia kryminalna musi prędko odskoczyć i skupić się na intrydze, na perypetiach bohaterów, skonstruowanych i przedstawionych tak, by dało się wprowadzić humor. No nie jest łatwo, ale wielu autorów z powodzeniem dowodzi, że jest to jak najbardziej wykonalne.
Co skłoniło Panią do przejścia z fantastyki do komedii kryminalnej?
MK: Nie był to rezultat mojej świadomej decyzji. Ot, pewnego dnia przyszła mi do głowy bohaterka — Tereska Trawna, temperamentna księgowa typu czołg, która pragnie jedynie, żeby świat raczył dać jej święty spokój przed tą pierwszą poranną kawą i kasztankiem na tarasie nowego domu na wsi. Tymczasem świat zwala jej na głowę dynamiczną teściową z tendencją do joggingu, co skutkuje znalezieniem w pobliskim lesie dywanu z wkładką. Nie umiałam się oprzeć ani tej bohaterce, ani tej historii, usiadłam więc i ją spisałam. Chociaż muszę przyznać, że sama byłam zaskoczona, bo nie sądziłam, że napiszę kiedyś niefantastyczną książkę. A tu proszę, piszę już dwie takie serie!
Skąd wziął się pomysł na tak mroczny, „zapadły” pałac? Czy to miejsce ma swój rzeczywisty pierwowzór, czy jest całkowitą kreacją wyobraźni?
MK: Ma! Przez lata jeździliśmy do mojej teściowej trasą prowadzącą przez wsie i opłotki, mijając pod drodze taki właśnie zapadły pałac. Wielki, przepiękny, niestety w koszmarnym stanie, a stoi w takim miejscu, że raczej żaden bogacz nie zainteresuje się jego odratowaniem. Trasę jakiś czas temu zmieniliśmy, więc już nie widuję go regularnie, ale zapadł mi w pamięć na tyle, że postanowiłam go uwiecznić — niechże chociaż tak przetrwa.
Przejście w stronę mroczniejszego Young Adult było naturalnym krokiem w rozwoju twórczym, czy jednorazowym eksperymentem?
MK: Zdecydowanie naturalnym. Mój upiorny mózg niestety bardzo szybko się nudzi i szuka nowych wyzwań, nawet gdy go proszę, żeby przestał, bo chciałabym się skupić na skończeniu rozpoczętych serii. Choć z drugiej strony… niejeden raz zaprowadził mnie w fascynujące miejsca, do których nigdy nie spodziewałabym się zajrzeć, więc może nie będę na niego narzekać.
Dziękuję za rozmowę











