Strona główna / Wywiady / Agnieszka Dobkiewicz: Czuję ich głód, nadludzki wysiłek, zimno i strach

Agnieszka Dobkiewicz: Czuję ich głód, nadludzki wysiłek, zimno i strach

Pisze o katach i o ofiarach. O kobietach, które były gnane na boso przez zimę i o tych, którzy taki los im zgotowali. Zdarza się, że zaprzyjaźnia się z bohaterami swoich książek. O swojej twórczości Karolinie Osińskiej-Marcińczyk opowiada pisarka Agnieszka Dobkiewicz, autorka m.in. „Małej Norymbergi” i „Dziewczyn z Gross-Rosen”, wpisana ostatnio na mapę Dolnośląskiego Szlaku Kobiet.

Jak mało kto potrafisz wydobywać na światło dzienne „prawdę pogrzebaną głębiej” – tyle że w Twoim przypadku nie jest to fikcja literacka, a bolesna i trudna historia. Dlaczego zajęłaś się tą częścią literatury?

Mówisz o reportażu. W moim przypadku właściwe będzie użycie słów: reportaż literacki.  Jako wieloletnia dziennikarka niezmiernie cenię sobie taką formę rozmowy z Czytelnikiem. Od autora wymaga ona nie tylko warsztatu, którym musi opanować jako twórca, ale też sporej wiedzy na dany temat. Wybierając książki, takie jak moje, Czytelnik czy Czytelniczka może nie tylko rozsmakować się w słowie, jakie przyswaja, ale także uwierzyć w jakąś wizję świata, którą mu przybliżam.

Jako dziennikarka i reportażystka związana ze Świdnicą i Wałbrzychem, w swoich książkach (m.in. „Mała Norymberga” czy „Dziewczyny z Gross-Rosen”) dajesz głos ofiarom, o których świat często zapomniał. Mam wrażanie, że każdą tę ofiarę traktujesz jak bliskiego znajomego, przyjaciela…

Jeżeli spędzasz z kimś dużo czasu, czytasz o Jego życiu, szukasz faktów o nim, próbujesz zrozumieć, kim był, dokumentujesz, rozmawiasz o nim, to siłą rzeczy budujesz z tym człowiekiem relacje.  Zdarza mi się, że z bohaterami moich książek się zaprzyjaźniam. Niezależnie, czy są to osoby żyjące, czy nie. Tak się stało na pewno z Felą Szeps.  W tle jest też zawsze odpowiedzialność za osoby, które opisuję. Nie mogę im odebrać ich życia i napisać po swojemu.  

Jak radzisz sobie z emocjonalnym ciężarem historii, które opisujesz? Czy istnieje granica między empatią wobec bohaterek czy bohaterów a profesjonalnym dystansem reportera?

W przypadku książek „grossroseńskich”  – tak je sobie nazywam – dystans znika, gdy wchodzę do obozu. Nie potrafię stanąć z boku i na chłodno relacjonować. Mam jakieś poczucie, że byłoby to niewłaściwe, nie na miejscu. Tak było przede wszystkim w przypadku „Dziewczyn z Gross-Rosen”.  Na szczęście pisanie poprzedziła bardzo szeroka i rzetelna dokumentacja, która była gwarancją tego, że emocjonalna narracja nie minie mi się z rzeczywistością i faktami. Powiedz, jak pisać bez empatii, z wygodnego dystansu o kobietach, które pognano zimą w marsze śmierci?  Nie potrafię. Ja staję obok tych kobiet, zostawiam profesjonalny dystans reportera i  idę z tymi kobietami, czuję ich głód, nadludzki wysiłek, zimno i strach, ale też olbrzymią wolę życia. 

Gdy prowadziłam spotkanie autorskie z Tobą i powiedziałam, że piszesz głównie o kobietach, poprawiłaś mnie, że nie tylko o kobietach. Jednak chyba do swoich żeńskich bohaterów masz największy sentyment.

Osobiście myślę o tym w ten sposób, że piszę o człowieku. Choć doskonale to wyczuwasz, że jako kobieta mam szczególny sentyment do bohaterek kobiecych. Zwróć jednak uwagę, że debiutowałam bardzo mocną, męską książką „Mała Norymberga” o katach z obozu KL Gross-Rosen.  Na pewno jednak, jeśli tylko będę mogła, skoro zostałam obdarzona takim umiejętnościami, będę dawała kobietom mocny głos w swojej twórczości. Będę pokazywała tę połowę świata, która była często przez stulecia, także w literaturze głosu pozbawiana.

A że nie tylko Ty tak myślisz, niech świadczy fakt, że właśnie zostałam wpisana na mapę Dolnośląskiego Szlaku Kobiet. Są na nim kobiety, z różnych dziedzin, które zapisały się dla naszej ziemi. I tam napisano, że to za pisanie o innych kobietach.  To dla mnie olbrzymie wyróżnienie, bo na tym szlaku są takie kobiety, jak Hanna Hirszfeldowa,  Clara Immerwahr czy księżna  Daisy von Pless. To 23 wybitne osobowości – naukowczynie, pisarki, artystki czy lekarki. Jestem  pierwszą dziennikarką na szlaku.

I Ty, i Twój mąż, mieszkacie i tworzycie w regionie, który wciąż skrywa wiele tajemnic. Czy Waszym zdaniem Dolny Śląsk to miejsce, gdzie historia jest bardziej „pogrzebana” niż w innych częściach Polski?

My jesteśmy zakochani w Dolnym Śląsku, a Andrzej przede wszystkim w Świdnicy.  To od Niego uczyłam się tego, jak ważna jest historia regionu, w którym żyjesz. Z mojego punktu widzenia pozwala ona zrozumieć tożsamość. To, gdzie się urodziłam, gdzie mieszkam, z kim żyję,  ma wpływ na to, jaka jestem. Daje mi to wielkie oparcie w tym, co robię. Oczywiście Dolny Śląsk jest tajemniczy z uwagi choćby na to, że doszło tu po II wojnie światowej do niemal całkowitej wymiany  ludności i została zachwiana ciągłość w narracji. Dlatego my, współcześni Dolnoślązacy ciągle badamy, szukamy, odkrywamy i każde takie odkrycie jest dla nas wydarzeniem. Dla nas ciągle wszystko jest tajemnicą – każda dziura, stare drzwi czy kamień. Gdzie indziej na świecie z taką wiarą poszukiwano by „złotego pociągu”? A u nas to przechodzi. Bo potrzebujemy takich historii, by opowiedzieć naszą ziemię po swojemu. Możemy się posiłkować legendami poniemieckimi, ale musimy mieć też swoje. Dla mnie „złoty pociąg”, choć nie wierzę w jego istnienie, to właśnie pierwsza polska legenda, jaka powstała na tych ziemiach po wojnie.

W „Małej Norymberdze” opisujesz katów, którzy próbowali ukryć się w cieniu codzienności. Czy pisanie o nich po latach to dla Ciebie rodzaj spóźnionego aktu oskarżenia, czy raczej próba zrozumienia mechanizmu zła?

„Mała Norymberga” to po pierwsze niesamowite odkrycie, które stało się moim udziałem. Myślę, że niewiele osób wiedziało, że do takich procesów doszło, a już na pewno nikt nie zbadał ich skali. To było ważne odkrycie, bo po pierwsze pokazywało zapomnianą historię, ale po drugie w sposób zrozumiały dla współczesnego czytelnika przybliżało szerokiemu gronu tragedię więźniów i więźniarek KL Gross-Rosen. Jestem dziennikarką – nie prokuratorem, więc odpowiadając na Twoje pytanie – ta książka to zdecydowanie próba zrozumienia mechanizmu zła. Coraz częściej myślę, że piszę o człowieku i jego wyborach. Bo w każdym z nas jest dobro i zło. Ale to my możemy wybrać, po której stronie staniemy. Chciałabym wierzyć, że po lekturze tych moich książkach, choć przecież trudnych, ludzie przypomną sobie, że mają wybór.

Na co dzień piszesz newsy i reportaże do mediów (m.in. Gazety Wyborczej). Czym różni się dla Ciebie pisanie krótkiej formy dziennikarskiej od budowania wielowarstwowej opowieści książkowej?

Pracuję w mediach  od zakończeniu studiów. Dziś dziennikarstwo bardzo się zmienia. Mam wrażenie, ze nie umiemy odróżnić dziennikarstwa od pisaniny w platformach społecznościowych.  Nie wiem, czy w tej nowej formule, to jest jeszcze ciągle zajęcie atrakcyjne dla mnie. Dlatego coraz chętniej piszę reportaże, w których czuję się dobrze. Natomiast książka daje jeszcze coś więcej – możliwość zbudowania pełnego obrazu świata i daje autorce przestrzeń do pełnej wypowiedzi adresowanej do ludzi, którzy są na to przygotowani. Opiszę to na przykładzie  „Dziewczyn z Gross-Rosen”. Gdybym napisała reportaż do gazety o jednej więźniarce, nigdy nie zbudowałoby to pełnego obrazu, jak sześć książkowych historii, które pokazały cały przemyślany system zbrodni, jakiej na tych kobietach dokonano. Jeśli książka jest dobrze napisana, to oprócz warstwy pojedynczej historii człowieka, niesie też w sobie ten głębszy przekaz. „Pożydowskie” tylko w książce, która jest 12-miesięczną podróżą po kraju, mogło wybrzmieć tak jak należy.

Pracujesz teraz nad kolejną książką. To literatura faktu, jak dotychczas, czy fikcja? Nie kusi Cię napisanie powieści?

Kolejną książkę już skończyłam.  W druku pojawi się już w czerwcu.  Mój redaktor – Daniel Lis powiedział, że to powieść non fiction. Oczywiście z naciskiem na non fiction.  I bardzo mi się to określenie podoba. Męczą mnie sztywne formy w literaturze. Lubię eksperymentować. A w Polsce reportażyści są dość konserwatywni, jeśli chodzi o formę. Jestem bardzo ciekawa, jak tak formuła zostanie przyjęta przez Czytelniczki i Czytelników. W tej chwili jeszcze nie mogę zdradzić, o czym jest nowa napisana przeze mnie książka, ale zapewniam, że będzie bardzo dolnośląska i będzie o przemijaniu. Myślę, że czas z nią spędzony, nie będzie stracony.

Bardzo chciałabym napisać powieść, bo nie chcę się ograniczać do jednej formy literackiej w swojej twórczości. Sama jestem ciekawa, czy się w takim gatunku sprawdzę. Zresztą od kilku lat pracuję nad  powieścią. Muszę się po prostu zmobilizować, by ją skończyć.   

Dziękuję za rozmowę.

Tagi:

Zostaw odpowiedź

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *