Strona główna / Wywiady / Joanna Chwistek: Wkładam w swoje historie całe serce

Joanna Chwistek: Wkładam w swoje historie całe serce

Wydała 25 powieści, drugie tyle ma w komputerze. A wydaje od zaledwie 4 lat. O tym, jak tworzy wciągające romanse pisarka Joanna Chwistek opowiada Karolinie Osińskiej-Marcińczyk.

Dwadzieścia pięć powieści w cztery lata to tempo iście sprinterskie. Jak wygląda Twój typowy dzień pracy? Czy to rygorystyczna dyscyplina, czy raczej pisanie pod wpływem czystego impulsu?

Weszłam w świat wydawniczy, posiadając już pewien zasób napisanych powieści, więc nie ukrywam, że to później zaprocentowało. Zazwyczaj staram się pisać od poniedziałku do piątku w konkretnych godzinach i traktuję to jako swoją pracę, którą ogromnie kocham, ale bywają momenty, że swego rodzaju impuls wzywa mnie do działania. Wtedy często nie potrafię się opanować, więc nie blokuję tej potrzeby, tylko siadam i piszę. Staram się jednak nie pracować więcej, niż na etacie. Bardzo tego pilnuję, żeby nie przeciążać organizmu, dlatego w święta i dni wolne odpoczywam, spędzając czas z rodziną i przyjaciółmi.

Mamy luty 2026 roku – mijają dokładnie cztery lata od Twojego debiutu w lutym 2022. Gdybyś mogła wysłać list do samej siebie z tamtego okresu, co byś w nim napisała?

Nie słuchaj innych, słuchaj siebie. Wszystko dzieje się z jakiegoś powodu – nawet te złe wydarzenia finalnie doprowadzą cię do miejsca, do którego chciałaś dotrzeć. Więcej odwagi w działaniu i więcej wiary w siebie.

Wiele osób marzy o napisaniu choć jednej książki, Ty wydałaś ich dwadzieścia pięć. Czy masz swój autorski system planowania fabuły, czy bohaterowie romansów sami prowadzą Cię przez historię?

Zazwyczaj mam w głowie zarys historii, którą chcę napisać, jasno wyklarowanych głównych bohaterów, ich imiona, profesje. U mnie nie sprawdza się nawet plan wydarzeń, ponieważ w pewnym momencie postacie zaczynają żyć własnym życiem, a ja mogę jedynie przeżywać ich losy i dać się porwać temu nurtowi wezbranej rzeki. Nie przypominam sobie, abym kiedykolwiek stworzyła coś, co miałam w stu procentach zaplanowane. Zazwyczaj w trakcie pisania pojawiają się wątki, których nawet nie zakładałam. I to jest naprawdę cudowne doświadczenie. Kreuję ten świat, jednak okazuje się, że nawet mnie może on zaskoczyć.

Przy tak dużej liczbie publikacji, jak dbasz o to, by każda kolejna historia była świeża i nie powielała schematów z poprzednich tomów?

Z racji tego, że moja wyobraźnia jest nieskończona, nigdy nie musiałam się martwić o to, abym nie powielała własnych pomysłów. Oprócz wydanych książek mam drugie tyle napisanych, czekających na wydanie i kolejną listę z historiami, które jeszcze chciałabym stworzyć. Wiadomo, że pewnych schematów nie da się nie powtórzyć, ponieważ ich liczba jest ograniczona, ale można się nimi bawić, mieszać ze sobą, nadawać bohaterom przeróżne cechy. Dla moich czytelników nie jest tajemnicą, że uwielbiam motyw age gap (różnica wieku – przyp. red.) i występuje on chyba w większości moich powieści. Wpleciony jednak w różne okoliczności, inne motywy, przeróżne sytuacje nie oddaje wrażenia powtarzalności.

Miewasz momenty blokady twórczej?

Od wielu lat nieustannie jestem w ciągu pracy, więc raczej nie mogę powiedzieć o jakichkolwiek blokadach czy braku weny. Czasami zdarza się tak, że w związku z innymi obowiązkami wynikającymi z funkcjonowania w tym literackim świecie czuję się zmęczona i przebodźcowana.

Jak z nich wychodzisz?

Wystarcza kilka dni odpoczynku i mogę pisać dalej.

Romans to gatunek, który opiera się na emocjach. Co jest trudniejsze do opisania: pierwszy moment zauroczenia czy bolesne rozstanie?

Najtrudniej jest opisać coś, czego się w danym momencie nie czuje. Jeśli nie mam nastroju na konkretne sceny, zwyczajnie odpuszczam ich tworzenie i przekładam to na odpowiedni czas. Tego typu literatura to właśnie emocje, a ja wkładam w swoje historie całe serce, aby sięgające po nie osoby także mogły ich doświadczyć. Wiem, że nie oszukam czytelników romansów, oni wyczują słabość autora, każde zawahanie. Wszystkie sceny można napisać z lekkością i łatwością pod warunkiem, że się to czuje.

Piszesz nie tylko romanse…

Staram się, aby moje książki nie skupiały się jedynie na wątku miłosnym, chociaż nie ukrywam, że jest on tematem przewodnim. Próbuję jednak dodawać do tego trochę tajemnicy, dreszczyku emocji, wielu niewiadomych. Istotne jest dla mnie także to, aby wplatać w całość ważne przesłania, a jeśli trzeba – nieść pocieszenie w trudnych chwilach.

No dobrze, znamy się od lat. Przepraszam, że to mówię, ale czytasz przecież literaturę wysoką, a nie romansidła (mogę tak to określić? Nie obrazisz się?). W jaki więc sposób stałaś się autorką tego typu książek? I może już teraz nie czytasz tej wysokiej literatury, a powieści koleżanek po fachu?

Czytam także literaturę wysoką, ale to popularna ma szczególne miejsce w moim sercu już od wielu lat. Bo to właśnie ona traktuje czytelnika sprawiedliwie, nie zna podziałów na „lepsze” czy „gorsze”. Romans funkcjonuje obok fantastyki, horroru, obyczajówek czy erotyki. W świecie, w którym przyszło nam żyć, masa spraw poróżnia ludzi na wielu płaszczyznach. Moim zdaniem literatura nie zasługuje na takie kategoryzowanie, ponieważ każdy gatunek niesie dla czytelnika coś dobrego: jeden wiedzę, drugi wytchnienie i rozrywkę. I wszystko to jest równie ważne. Samo słowo „romansidło” ma pejoratywne nacechowanie i od razu wskazuje, że jest to coś gorszego. A przecież literatura dzieli się na tyle gatunków i podgatunków, by każdy znalazł w niej coś dobrego dla siebie. Jeśli więc z góry uznamy jedną przestrzeń literacką za gorszą, to zamkniemy się w szczelnej bańce i nie pozwolimy sobie szerzej spojrzeć na to, jak bardzo czytelnicy są zróżnicowani i jak różne mają potrzeby. Każdy z nas jest inny i to przecież jest piękne. Na spotkaniach autorskich czy targach książki przychodzą do mnie kobiety, które mówią, że dzięki poruszanych w moich książkach tematach czują się zrozumiane, docenione, czasami pocieszone. Dostrzegają także inne sposoby rozwiązania swoich problemów lub mają inne spojrzenie na konkretne sprawy dzięki temu, że coś im uświadomiłam. Czy literaturę, która ma realny wpływ na życie innej osoby, można uznać za gorszą?

Mimo dużej rozbieżności w swoich czytelniczych zamiłowaniach, zajęłam się tym, co jest bliskie mojemu sercu. Pisanie o miłości to spełnienie moich marzeń, a fakt, że zostało docenione to najlepsza nagroda.

Obecnie jestem tak zachwycona gatunkiem, w którym sama funkcjonuję, że jeśli już mam czas, to czytam głównie książki swoich koleżanek po fachu oraz biografie znanych osób.

W Twoich książkach często pojawiają się wątki, które poruszają serca tysięcy czytelniczek. Skąd czerpiesz inspiracje do kreowania bohaterów? Czy mają oni swoje pierwowzory w rzeczywistości?

Te inspiracje to impuls. Czasem – jakaś scena w filmie, a czasami melodia usłyszana w radiu. To po prostu przychodzi, a kiedy tak się dzieje, wszystko wokół na chwilę cichnie. Uwielbiam te momenty, wydają mi się one cennym darem, w pewnym sensie nawet cudem.

Zdarza się, że postacie w moich książkach posiadają pewne cechy znanych mi osób, jednak nigdy nie jest to odwzorowanie 1:1.

Która z tych dwudziestu pięciu książek była dla Ciebie największym wyzwaniem emocjonalnym lub technicznym?

Cała trylogia „Bracia McKinley” była dla mnie trudna, ale jednocześnie niezwykle ważna i potrzebna. Podejmowała ona temat płodności i chęci posiadania potomstwa oraz odbioru tych decyzji lub ograniczeń przez społeczeństwo. Bardzo przeżywałam pracę nad tą serią i ogromnie się cieszę, że spotkała się ona z tak ciepłym przyjęciem.

Pisanie „Zlecenia” oraz „Umowy” to emocjonalny rollercoaster, którego skutki odczuwam po dziś dzień. Mimo tego wspominam ten okres twórczy z pewną nostalgią.

Zdradzę tylko, że w „Zleceniu” zrobiłam coś, do czego dążyłam chyba od początków swojej twórczości, ale zawsze wydawało mi się, że nie nadszedł ku temu odpowiedni moment. Kiedy byłam w końcu gotowa i spróbowałam tego zakazanego owocu, poczułam się spełniona, choć wylałam morze łez.

Przy „Umowie” z kolei z całej siły starałam się wyobrazić sobie, że doznałam druzgocącej straty, aby oddać te wszystkie emocje, a po kilku miesiącach okazało się, że naprawdę tego doświadczyłam w życiu. W tym najtrudniejszym okresie żałoby musiałam pracować nad redakcją tej książki. To łamało mi serce za każdym razem, kiedy siadałam do tekstu.

Jako autorka skromnych trzech thrillerów zapytam: nie masz ochoty wejść w mroczniejsze rejony i napisać krwawy kryminał lub duszny thriller psychologiczny?

Mam takie plany, ale nie mam pojęcia, kiedy je zrealizuję i czy kiedykolwiek to, co napiszę, ujrzy światło dzienne.

Nad czym teraz pracujesz?

„I love the way you lie” – to historia, która może nie należy do najłatwiejszych, jednak bohaterka imieniem Dafne skradnie niejedno serce. Osobiście ją uwielbiam i gdybym mogła jeden dzień spędzić z wykreowanym przez siebie bohaterem, bez wątpienia wybrałabym ją.

Wróćmy jeszcze do tych czasów sprzed czterech lat. Zanim wydałaś pierwszą powieść, sporo ich napisałaś na portalu dla twórców. Co w ogóle popchnęło Cię do pisania?

Do pisania popchnęły mnie bezsilność, a także to, że w trakcie choroby nie miałam wielu możliwości, aby zabić nudę. Nie mogłam robić nic z wyjątkiem czytania książek, a to po pewnym czasie nie sprawiało już takiej frajdy, więc postanowiłam coś napisać. Jednocześnie chciałam dostawać jakiś feedback, więc zdecydowałam się znaleźć platformę, na której mogłabym publikować i liczyć na interakcje z czytelnikami. Później dostałam pierwszą propozycję wydawniczą, a po niej następną. Stwierdziłam, że spróbuję, no i właśnie dziś ruszyła przedsprzedaż mojej dwudziestej piątej książki

Dziękuję za rozmowę.

Fot. użyczone

Tagi:

Zostaw odpowiedź

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *