Strona główna / Wywiady / Komediowe akty ociekające… seksem

Komediowe akty ociekające… seksem

On pisze opisy przyrody, ona: pikantne sceny erotyczne. Wspólnie napisali „Bezdech tropików”, komedię erotyczną. Z pisarzami Agnieszką i Tomaszem Merwińskimi rozmawia Karolina Osińska-Marcińczyk.

Pięćset stron na debiut – to odważne! Skąd wzięła się w Was pewność, że to jest „ta” historia, która musi ujrzeć światło dzienne?

Tomasz: Co ciekawe, owa „pewność” pojawiła się dopiero po napisaniu kilkuset stron. A może nawet nie „pewność”, co po prostu sam pomysł, aby tę książkę wydać, bo wcześniej nie braliśmy tego pod uwagę. Zanim nie napisaliśmy tych kilkuset stron, całość była jedynie takim rodzajem wspólnej zabawy. Zaczęła się ona od tego, że pewnego dnia napisałem akapit, czy może kilka akapitów i podesłałem do Agi, aby ona kontynuowała historię. Pierwotnie zakładałem, że napiszemy tak wspólnie może kilkadziesiąt stron i na tym skończymy. Ale jakoś tak wyszło, że tych stron wyszło kilkaset, bo całość sprawiała nam ogromną frajdę. Tutaj warto dodać, że moje pierwotne założenie było takie, że historia będzie na poważnie, a tymczasem Aga swój pierwszy akapit napisała w taki sposób, że się głośno zaśmiałem. I przy takiej konwencji zostaliśmy – pisania naprzemiennie, z historią, która nas bawiła. Nierzadko zostawiając siebie nawzajem w trudnej sytuacji, z której jakoś trzeba było wybrnąć. To z kolei rodziło zaskakujące decyzje bohaterów, które nierzadko są podstawą komizmu w „Bezdech tropików”.

Jesteście małżeństwem, które wspólnie napisało książkę. Jak w ogóle wygląda pisanie w duecie? Kto wymyślał fabułę, a kto pisał dialogi? Czy były kłótnie o postacie?

Agnieszka: Wspólne pisanie to zdecydowanie inne doświadczenie niż samodzielne tworzenie. Można pozwolić sobie na więcej i ze złośliwym uśmieszkiem… zostawić drugiego autora w trudnym momencie, w który się zabrnęło. Można też „oddelegować” to, za czym się nie przepada i skupić na fragmentach, które sprawiają radość w pisaniu: i tak Tomek odpowiedzialny był chociażby za opisy przyrody, a ja za pyskówki między bohaterami i erotykę. Kiedy zdaliśmy sobie już sprawę, że z naszej zabawy może faktycznie powstać książka, naturalnie stworzyliśmy swój rytuał: po pracy braliśmy psa na smycz i szliśmy na długi spacer, rozmawiając o swoich pomysłach, komentując je, dopowiadając szczegóły i dzieląc nadchodzącą pracę. Ot, „rozwiązanie-filet”, same plusy, zero minusów. Było to też bardzo zbliżające w kontekście naszej relacji. Oczywiście, że zdarzały się nam nieporozumienia w kwestii prowadzenia fabuły czy bohaterów, jednak zazwyczaj opuszczaliśmy wtedy konkretny temat na parę dni, zostawiając go jedynie jako zanotowany pomysł. Po czasie odpowiedzi przychodziły same.

W opisie pojawia się, że to „500 stron pikantnej opowieści, która zabiera czytelnika tam, gdzie śmiech miesza się z pożądaniem”. To brzmi jak bardzo świadomy wybór gatunku – komedia erotyczna. Dlaczego akurat ten gatunek?

Tomasz: Tak jak wspomniałem wcześniej, całość wyszła przypadkiem. I to mocnym przypadkiem, bo nie zwykłem sięgać po tego typu literaturę. Raczej preferuję książki historyczne, reportaże, podróżnicze, bądź fantastykę, horrory i kryminały. Komedii czytałem w życiu kilka, ale nie bawiły mnie aż tak bardzo, bynajmniej nie dlatego, że jestem człowiekiem ponurym! Na szczęście w „Bezdechu tropików” mogłem się trochę „wyżyć” podróżniczo, bo chociaż kilka razy można było napisać o miejscach w Dominikanie, które osobiście widzieliśmy. Choć oczywiście nie była to formuła reportażowa, a jedynie opisy krajobrazów, które widzieli nasi bohaterowie, a które wyciągałem z własnych wspomnień.

Komedia erotyczna to w Polsce wciąż niszowy gatunek. Kto was inspirował? Czytaliście podobne książki przed pisaniem „Bezdechu tropików”?

Agnieszka: Mam nadzieję, że nie zabrzmi to pysznie, ale… w sumie inspirowaliśmy się jedynie samymi sobą, naszymi przygodami, niezrealizowanymi dotychczas pomysłami na teksty. Ba, niektóre historie z książki są naszymi przeżyciami ze wspólnych wyjazdów! Mam dość dziwną cechę jak na amatorską pisarkę – bardzo mało czytam. Zawsze mam wrażenie, że sama napisałabym lepiej, że postaci nie są prawidłowo poprowadzone, że zakończenie jest rozczarowujące (oczywiście, to tylko moje odczucia). Zdarzyło mi się mieć kontakt z podobną literaturą, co też podpowiedziało mi parę rzeczy, jednak jestem niemal całkowicie pewna, że drugiej takiej książki jak „Bezdech tropików” ze świecą szukać.

Tatiana i Patryk – uporządkowana analityczka vs spontaniczny budowlaniec. To klasyczne „przeciwieństwa się przyciągają”? Czy może coś więcej kryje się za tymi charakterami?

Agnieszka: Cóż, na pewno to przeciwieństwa, które się przyciągnęły, jednak przede wszystkim iskrzą! Sądzę, że Tatiana i Patryk nie dają się zamknąć w sztywnych ramach, zaskakują nie tylko czytelników, ale i siebie samych, kiedy stają przed trudnymi wyborami. Staraliśmy się, żeby byli ludźmi z krwi i kości, z powodami, by ich uwielbiać, szanować, kibicować im, ale też przewracać oczami na ich pomysły, złościć się na nich czy zwyczajnie nie lubić. I, sądząc po odbiorze dotychczasowych czytelników, chyba wyszło nam to nie najgorzej!

A kto jest Waszą ulubioną postacią drugoplanową? Kto Was samych najbardziej rozbawił podczas pisania?

Tomasz: Myślę, że oboje „pokochaliśmy” Kazika. Choć, jak każdy inny bohater tej książki, również ma swoje za skórą. Nikt tutaj nie jest idealny.

Która z postaci jest najbardziej „Wasza”, odwzorowująca Wasze cechy?

Agnieszka: To kolejna moja brzydka cecha – moi bohaterowie bardzo często mają coś ze mnie. Sądzę, że to pozwala mi bardziej rozumieć ich uczucia i przewidzieć, co mogliby zrobić w danej sytuacji, dzięki czemu książki są bardziej realistyczne i „ludzkie”. Nie są to jednak, na szczęście, odbicia jeden do jednego. Tatianie dałam po sobie uporządkowane korporacyjne podejście w kwestiach zawodowych, Patrykowi – niewyparzony dziób, Kazikowi – zadowolenie z życia, Marii – troskę o bliskich, Marcusowi – pewność siebie graniczącą z arogancją…

Jak się pisze scenę erotyczną w małżeństwie? Czy to krępujące, czy wręcz przeciwnie – naturalne? Kto napisał więcej tych „erotycznych wstawek”?

Tomasz: Krępujące. Ale tylko dlatego, że jak napisałem swoją scenę erotyczną, to ostatecznie okazała się beznadziejna, więc… za tę część książki odpowiadała raczej Aga. Robi to wyśmienicie. Ale jeśli chodzi o samą erotykę to znamy się na tyle dobrze, że nic nas tutaj nie krępuje.

Co Waszym zdaniem jest większym zagrożeniem dla związku – monotonia codzienności czy właśnie wakacyjna przygoda pełna pokus?

Agnieszka: Zdecydowanie monotonia codzienności. Bardzo łatwo zamknąć się w rutynie i nawet nie dostrzegać tych wszystkich drobiazgów, które dla siebie robimy, wszystkich chwil, które wywołują uśmiech na twarzy, tego, co „wychodzi”, a o co wiele par musi walczyć. Goniące terminy, problemy mniejsze i większe, zmęczenie, brak czasu dla siebie – to wszystko sprawia, że oddalamy się od bliskich i często orientujemy się, kiedy jest już za późno. Dlatego świetnie mieć coś wspólnego, co sprawia, że cały świat na zewnątrz przestaje mieć takie znaczenie i liczy się przede wszystkim obecność drugiej osoby. Dla nas to weekendowe śniadania w ulubionej kafejce, wspólne treningi i wyjazdy na zawody, długie spacery z psem. No i, oczywiście, pisanie książek.

Zdecydowaliście się na własne wydawnictwo. To była świadoma decyzja, czy raczej konieczność? Jakie były plusy i minusy samodzielnego wydania?

Tomasz: To była świadoma decyzja. Nawet nie próbowaliśmy uderzać do wydawnictw, mimo że jakieś tam kontakty z nimi miewam, bo niekiedy recenzuję dla nich książki. Ale mocno przeanalizowaliśmy temat i uznaliśmy, że czekanie wiele tygodni, czy miesięcy na decyzję wydawnictwa, które może odrzucić książkę niekoniecznie dlatego, że jest zła, a po prostu nie wpisuje im się w plan wydawniczy nam nie odpowiada. Przypominam tutaj historię „Harrego Pottera”, który też nie od razu został wydany, choć oczywiście nie porównuję się do tej literatury. Przekalkulowaliśmy koszty, związane z tym ryzyko i uznaliśmy, że spróbujemy wydać „Bezdech tropików” na własną rękę. W ten sposób mamy pełną kontrolę nad tym, jak książka zostanie wydana, jaka będzie okładka, jaki papier, jaka cena, jakie promocje… Choć oczywiście nie mamy takiej sieci dystrybucyjnej, jaką mają duże wydawnictwa, więc jest dużo słabsza docieralność do potencjalnych czytelników. Ale też nie robiliśmy tego, żeby osiągnąć wielki sukces, to było dla nas uwieńczenie naszej zabawy czy też może eksperymentu literackiego i spełnienie marzeń o wydaniu własnej książki. Cieszą nas pozytywne opinie od czytelników, choć z góry zdajemy sobie sprawę, że nie każdemu się ona spodoba ze względu na nasze specyficzne, niekiedy bezpardonowe poczucie humoru.

Książka jest dostępna na waszej stronie merwinski.pl. Jak wygląda logistyka – sami pakujecie paczki? Można zamówić z dedykacją?

Agnieszka: Od dnia, w którym przyjechały do nas książki, nasze mieszkanie stało się magazynem – szczęśliwie nie przepełnionym, jednak jest jedna ściana w pełni zasłonięta przez paczki z książkami. Zaraz po premierze Tomek próbował „chałupniczo” pakować książki, jednak ostatecznie zaopatrzyliśmy się w specjalne owijki (moja dusza perfekcjonistki odwracała wzrok na te pakuneczki i przekopałam internet, aby znaleźć coś odpowiedniego…), które bardzo ułatwiają nam samodzielne przygotowanie przesyłek. Wycieczki do automatu paczkowego z psem na smyczy to już nasza rutyna. Jak najbardziej, książkę można zamówić z dowolną dedykacją. Co więcej, mogę zdradzić, że większość wysyłamy właśnie z dobrym słowem i autografami.

Planujecie kontynuację czy „Bezdech tropików” to zamknięta historia?

Tomasz: Czy planujemy? Druga część już jest mniej więcej w połowie napisana! Są też rozpisane pomysły na trzecią część. A w głowie pojawiła się koncepcja czwartej części… Czasem dla żartu mówimy sobie „a w 17 części stanie się to i to”. Ale oczywiście nie wybiegajmy aż tak daleko w przyszłość, bo najpierw trzeba skończyć pisać drugą część, na co nie zawsze jest czas. Nie żyjemy z pisania, chodzimy do pracy, dużo trenujemy, bo staramy się brać udział w różnych zawodach – czy to crossfitowych, czy biegowych – więc ilość czasu i sił na to by usiąść do komputera jest mocno uszczuplona. A w międzyczasie trzeba jeszcze tu i ówdzie próbować promować „Bezdech tropików”, żeby ta sterta książek zastawiająca jeden z pokoi powoli znikała.

Zdradźcie jeszcze cos o sobie: kim są Agnieszka i Tomasz?

Agnieszka: Ponoć pierwsza rzecz, jaką się o sobie w takich sytuacjach mówi lub pisze, świadczy o nas najwięcej, więc powiem, że Agnieszka to przede wszystkim sportowy świr, choć w czasach nastoletnich nic tego nie zapowiadało! Na studiach wkręciłam się w pole dance, za tym poszła praca nad siłą i rozciągnięciem, znajomi w pracy wciągnęli w bieganie i tak, naturalną koleją rzeczy, mogę sobie mówić jako o zawodniczce hybrydowej (to znaczy że niewiele mogę podnieść i nie za szybko biegam, jak śmieje się środowisko sportowe…). Starty crossfitowe i w biegach górskich to teraz mój konik – na poziomie bardzo amatorskim, jednak mniej więcej raz w miesiącu zdarza mi się jakąś metę przekroczyć i dorzucić kolejny medal na ścianę. Z wykształcenia jestem energetykiem, natomiast z zawodu – logistykiem. Żeby nie było zbyt nudno, za nic w świecie nie odpuszczę Eurowizji i marzy mi się kiedyś pojechać na finał! No, i jak na koniec dnia zostanie nieco czasu i energii, to lubię skrobnąć parę słów jakiejś pokręconej fabuły…

Tomasz: A ja… trochę na odwrót. Za młodu sporo czasu poświęcałem sportowi: głównie piłka nożna i sztuki walki, a na starość to Aga motywuje mnie do tego, żebym się więcej ruszał. I żebym to robił prawidłowo! Bo za młodu nikt mi nie zwracał uwagi, że po intensywnym treningu trzeba mięśnie odpowiednio porozciągać czy porolować, a tymczasem Aga, jako pełna profesjonalistka, dba o każdy szczegół: rozpisuje treningi, suplementację, dietę i używa jakiegoś kosmicznego języka, którego totalnie nie rozumiem. Przykład? „Poroluj naprężacz powięzi szerokiej i zacznij wzmacniać przywodziciele”. Więc, jak widać: za mało roluję i za mało wzmacniam. Poza tym lubię czytać książki, ostatnio pochłaniam bardzo dużo reportaży lub książek podróżniczych. I często coś piszę. Zazwyczaj na mojego bloga www.merwinski.pl, ale też trochę do wirtualnej szuflady z myślą o przyszłym wydaniu, bo mam pomysły na kilka książek z zupełnie innych gatunków niż „Bezdech tropików”. Ale, jak już wcześniej wspomniałem, na wszystko trzeba mieć czas…

Dziękuję za rozmowę.

Fot. użyczone

Tagi:

Zostaw odpowiedź

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *