Strona główna / Polska / Uratowała życie obcej kobiecie. Dziś sama walczy o zdrowie, sprawiedliwość i prawo do normalnego życia

Uratowała życie obcej kobiecie. Dziś sama walczy o zdrowie, sprawiedliwość i prawo do normalnego życia

Pani Marta zatrzymała samochód, gdy zobaczyła ciężko ranną kobietę. Uklękła na jezdni, zatamowała krwawienie i nie pozwoliła jej umrzeć. Poszkodowana przeżyła. Marta wróciła jednak z miejsca wypadku z obrazami, które do dziś nie pozwalają jej normalnie żyć. Sąd pochwalił jej postawę, ale nie uznał doznanej przez nią traumy za skutek wypadku przy pracy. Teraz kobieta, która nie pozostawiła drugiego człowieka bez pomocy, sama prosi, abyśmy nie zostawili jej bez wsparcia.

Jeden zwyczajny dzień, który zmienił całe życie

Pani Marta nie wyruszyła tego dnia na żadną bohaterską misję.

Nie była ratowniczką medyczną. Nie miała specjalistycznego sprzętu. Nie spodziewała się, że za chwilę będzie walczyć o czyjeś życie.

Jechała służbowym samochodem i przewoziła dwóch pracowników. Był to jeden z tych zwyczajnych dni, podczas których człowiek myśli o pracy, obowiązkach i sprawach, które trzeba załatwić przed powrotem do domu.

Wszystko zmieniło się w jednej chwili.

Na drodze doszło do dramatycznego wypadku. Starsza kobieta została potrącona przez pijanego kierowcę. Jej stan był ciężki. Każda kolejna sekunda mogła zdecydować o tym, czy przeżyje.

Marta mogła pojechać dalej.

Mogła pomyśleć, że ktoś już wezwał pogotowie. Że na miejscu zaraz pojawią się służby. Że ma przecież swoich pasażerów, samochód służbowy i obowiązki wobec pracodawcy.

Mogła uznać, że nie jest odpowiednią osobą, aby mierzyć się z tak poważnymi obrażeniami.

Nie zrobiła tego.

Zatrzymała samochód.

Wysiadła.

Podeszła do kobiety leżącej na jezdni i została przy niej, choć to, co zobaczyła, na zawsze miało pozostać w jej pamięci.

Nie odwróciła wzroku

Poszkodowana miała połamane ręce i nogi, wybite zęby oraz bardzo poważne obrażenia głowy. Fragmenty jej czaszki znajdowały się na drodze.

To był widok, przed którym większość ludzi instynktownie chciałaby się cofnąć. Nie z obojętności, lecz z przerażenia. Ciało i umysł człowieka nie są przygotowane na spotkanie z tak ogromnym cierpieniem.

Marta również się bała.

Nie była niewrażliwa. Nie była odporna na ból i strach. Nie posiadała żadnej nadludzkiej siły, która pozwalałaby jej spokojnie patrzeć na tragedię.

A jednak uklękła przy rannej kobiecie.

Próbowała zatamować krwawienie. Zabezpieczała ranę najlepiej, jak potrafiła. Robiła wszystko, aby utrzymać poszkodowaną przy życiu do czasu przyjazdu służb ratunkowych.

W pewnym momencie jej lewa dłoń znalazła się wewnątrz uszkodzonej czaszki kobiety.

To nie jest poetycka przenośnia.

Pani Marta dosłownie trzymała w rękach życie drugiego człowieka.

„Proszę mnie uratować”

Ciężko ranna kobieta na chwilę odzyskała świadomość.

Nie wiedziała, co dokładnie się wydarzyło. Nie wiedziała, jak rozległe są jej obrażenia. Wiedziała tylko, że bardzo cierpi i że może umrzeć.

Zobaczyła obok siebie Martę.

Prosiła, żeby ją uratować. Błagała, aby jej nie zostawiać.

W takim momencie człowiek nie potrzebuje wielkich przemówień. Potrzebuje drugiego człowieka. Głosu, który przebije się przez ból i przerażenie. Dłoni, która pozostanie obok, kiedy cały świat nagle rozpada się na kawałki.

Marta mówiła do niej spokojnie.

Powtarzała, że nie jest sama. Że przy niej zostanie. Że nie pozwoli jej umrzeć.

I nie pozwoliła.

Została przy poszkodowanej do końca akcji ratunkowej. Nie odsunęła się, choć widok obrażeń przekraczał granice tego, co człowiek powinien kiedykolwiek oglądać. Nie uciekła, choć każda sekunda zapisywała się w jej pamięci.

Dzięki udzielonej pomocy starsza kobieta przeżyła.

Dziś ma 85 lat. Piecze jabłecznik. Żyje swoim codziennym życiem. Pamięta jednak głos „anioła”, który uklęknął przy niej na jezdni i obiecał, że nie pozwoli jej umrzeć.

Tym aniołem była pani Marta.

Tylko że anioły z ludzkich opowieści zwykle odlatują bez ran. Pani Marta była człowiekiem. I wszystko, co zobaczyła, zabrała ze sobą do domu.

Wypadek się skończył. Trauma dopiero się zaczynała

Dla policjantów, ratowników i osób przejeżdżających obok miejsce wypadku po pewnym czasie zostało uprzątnięte.

Z jezdni zniknęły ślady tragedii. Samochody znowu zaczęły tamtędy przejeżdżać. Życie wróciło do zwykłego rytmu.

W pani Marcie tamta droga pozostała.

Zabrała ją ze sobą do domu.

Obrazy wracały nocami. Pojawiła się bezsenność. Kiedy zamykała oczy, nie widziała spokoju ani ciemności. Widziała ranną kobietę. Jej głowę, krew, fragmenty kości leżące na jezdni i własną dłoń próbującą utrzymać ją przy życiu.

Ciało Marty opuściło miejsce wypadku, ale jej umysł wciąż tam pozostawał.

Trauma nie pyta człowieka, czy może wejść. Nie respektuje godzin pracy. Nie kończy się wraz z przyjazdem karetki ani podpisaniem policyjnego protokołu.

Wchodzi do domu.

Siada przy stole.

Kładzie się obok człowieka w łóżku.

Towarzyszy mu podczas kąpieli, zabawy z dziećmi i wykonywania najprostszych codziennych czynności.

Tak stało się w przypadku pani Marty.

Nie potrafiła dotknąć głów własnych dzieci

Jednym z najbardziej bolesnych skutków przeżytej traumy był lęk przed dotykaniem głów własnych dzieci.

Dla rodzica to jeden z najbardziej naturalnych gestów. Pogłaskanie dziecka po włosach. Poprawienie mu fryzury. Przytulenie. Położenie dłoni na jego głowie, kiedy płacze albo potrzebuje pocieszenia.

Marta przez wiele miesięcy nie potrafiła tego zrobić.

Kiedy próbowała dotknąć głowy swojego dziecka, wracał obraz ciężko rannej kobiety. Bała się, że czaszka pod jej dłonią nagle się zapadnie. Tak jak czaszka osoby, której życie ratowała na jezdni.

Rozum mówił jej, że dzieci są bezpieczne.

Trauma mówiła coś zupełnie innego.

Nie potrafiła nawet spokojnie umyć własnych włosów. Dotyk głowy uruchamiał wspomnienie, którego nie dało się zatrzymać. Zwyczajna kąpiel mogła nagle przenieść ją z powrotem na miejsce wypadku.

Trudno wytłumaczyć takie cierpienie komuś, kto nigdy nie doświadczył zespołu stresu pourazowego.

Człowiek wie, że znajduje się w domu, ale jego organizm zachowuje się tak, jakby tragedia nadal trwała. Serce przyspiesza. Ciało się napina. Pojawia się lęk. Umysł nie przyjmuje do wiadomości, że zagrożenie już minęło.

Cena uratowania człowieka

U pani Marty rozpoznano zespół stresu pourazowego oraz ciężką depresję. Pojawiły się problemy ze snem, stany lękowe i trudności w normalnym funkcjonowaniu.

Doznała poważnego uszczerbku na zdrowiu psychicznym.

Nie był on widoczny tak jak złamana ręka czy rana wymagająca założenia szwów. Nie można było wskazać jednego miejsca na ciele i powiedzieć: „Tutaj wydarzył się wypadek”.

Jej rana znajdowała się głębiej.

Wpłynęła na życie rodzinne, zawodowe i społeczne. Odebrała poczucie bezpieczeństwa. Zabrała spokój, sen oraz możliwość swobodnego wykonywania czynności, nad którymi wcześniej nie trzeba było nawet się zastanawiać.

Marta leczy się do dziś.

Płaci za terapię, konsultacje i kolejne etapy walki o odzyskanie normalnego życia. Płaci jednak nie tylko pieniędzmi.

Płaci zmęczeniem.

Płaci lękiem.

Płaci bezsennymi nocami i wspomnieniami, które wracają bez zaproszenia.

Płaci za to, że nie potrafiła przejechać obojętnie obok umierającego człowieka.

Była w pracy, dopóki prowadziła samochód

Po wypadku pani Marta rozpoczęła również walkę o uznanie tego, co ją spotkało, za wypadek przy pracy.

Jak wynika z przedstawionej przez nią historii i informacji zawartych w opisie zbiórki, sąd uznał, że kiedy prowadziła służbowy samochód i przewoziła pracowników, działała w interesie swojego pracodawcy.

Jednocześnie miał stwierdzić, że związek z pracą został zerwany w chwili, gdy Marta zatrzymała pojazd, wysiadła i rozpoczęła ratowanie ciężko rannej kobiety.

Była więc w pracy, dopóki trzymała kierownicę.

Przestała w niej być w momencie, w którym postanowiła uratować człowieka.

Sąd miał jednocześnie pochwalić jej zachowanie. Uznać je za moralnie właściwe i zgodne z prawnym obowiązkiem udzielenia pomocy.

Marta zrobiła zatem to, czego wymagały od niej prawo, sumienie i zwykła ludzka przyzwoitość.

Mimo to jej trauma nie została uznana za skutek wypadku przy pracy.

Trudno zaakceptować logikę, według której pracownik ma obowiązek pomóc człowiekowi znajdującemu się w niebezpieczeństwie, ale konsekwencje tej pomocy mogą zostać uznane za jego prywatny problem.

Sąd pochwalił jej odwagę, ale nie objął jej ochroną

Ten wyrok budzi nie tylko smutek. Budzi również uzasadnione oburzenie.

Nie dlatego, że sądy powinny rozstrzygać sprawy wyłącznie na podstawie emocji. Prawo wymaga analizy przepisów, dowodów oraz związku konkretnego zdarzenia z wykonywaną pracą.

Jednak prawo, które nie potrafi objąć ochroną człowieka ponoszącego dramatyczne konsekwencje udzielenia pomocy, pozostawia bardzo niebezpieczną lukę.

Pani Marta nie przerwała wykonywania obowiązków po to, aby załatwić prywatną sprawę.

Nie poszła na zakupy.

Nie spotkała się ze znajomymi.

Nie odeszła od samochodu dla własnej wygody.

Zatrzymała się, ponieważ na drodze leżał człowiek, który bez natychmiastowej pomocy mógł umrzeć.

Jeśli takie zachowanie zrywa związek z pracą, to społeczeństwo otrzymuje bardzo niepokojący sygnał.

Pomagaj, bo masz taki obowiązek.

Ale jeśli udzielona pomoc zniszczy ci zdrowie, możesz pozostać z tym sam.

Jaką decyzję podejmie następny świadek wypadku?

Wyobraźmy sobie inną osobę, która podczas wykonywania pracy zobaczy wypadek.

Na jezdni leży człowiek. Krwawi. Nie rusza się. Potrzebuje natychmiastowej pomocy.

Pracownik ma zaledwie kilka sekund na podjęcie decyzji.

Czy ma się zatrzymać?

Czy powinien wysiąść?

Czy nadal będzie chroniony, jeśli dozna urazu psychicznego?

Czy jego cierpienie zostanie uznane za konsekwencję zdarzenia związanego z pracą, czy za prywatny koszt przyzwoitości?

Takie pytania w ogóle nie powinny pojawiać się w głowie człowieka stojącego przed możliwością uratowania czyjegoś życia.

Wypadek nie czeka, aż świadek skonsultuje się z prawnikiem.

Krwawienie nie zatrzymuje się na czas analizy przepisów.

Osoba umierająca na drodze nie może poczekać na wyjaśnienie, czy ratownik po wyjściu ze służbowego samochodu nadal pozostaje w związku z pracą.

Pani Marta nie kalkulowała.

Zareagowała jak człowiek.

Dziś walczy o to, aby człowieczeństwo nie było traktowane jak prawne odstępstwo od obowiązków.

Nie domaga się już pieniędzy dla siebie

Pani Marta chce skierować sprawę do Sądu Najwyższego. Jeżeli będzie to konieczne, zamierza również walczyć przed Europejskim Trybunałem Praw Człowieka w Strasburgu.

Na tym etapie zrezygnowała z roszczenia o zadośćuczynienie.

Nie chce już walczyć o pieniądze dla siebie.

Chce doprowadzić do rozstrzygnięcia, które może pomóc kolejnym osobom. Ludziom, którzy w przyszłości zatrzymają się przy wypadku, udzielą pierwszej pomocy i później będą musieli zmierzyć się z psychicznymi konsekwencjami tego doświadczenia.

Marta walczy o zasadę.

O prawo do przyzwoitości, która nie kończy się karą dla pomagającego.

O to, aby następny człowiek nie został postawiony przed wyborem między ratowaniem życia a ochroną własnej przyszłości.

O to, aby odwaga nie oznaczała samotności.

Potrzebuje 41 600 złotych na dalszą walkę

Postępowanie przed Sądem Najwyższym i ewentualna skarga do Trybunału w Strasburgu wiążą się z kosztami. Potrzebna jest pomoc prawna, przygotowanie dokumentacji oraz przeprowadzenie kolejnych etapów sprawy.

Pani Marta potrzebuje 41 600 złotych.

To kwota, której sama może nie być w stanie zgromadzić. Dlatego powstała publiczna zbiórka.

Zgodnie z informacją przekazaną przez organizatorów, jeżeli po zakończeniu postępowania i pokryciu wszystkich kosztów pozostaną niewykorzystane środki, mają zostać przekazane fundacjom pomagającym ofiarom wypadków drogowych.

Ta walka nie dotyczy więc wyłącznie jednej kobiety.

Dotyczy każdego człowieka, który może kiedyś znaleźć się na miejscu pani Marty.

Dotyczy pracownika, który zatrzyma służbowy samochód.

Kierowcy autobusu, który zobaczy wypadek.

Kurierki, która przerwie trasę.

Nauczyciela wracającego z uczniami.

Każdej osoby, która w jednej sekundzie będzie musiała zdecydować, czy odwrócić wzrok, czy podejść do rannego człowieka.

Kobieta, którą uratowała, może dziś piec jabłecznik

W tej historii jest jeden obraz, który pokazuje, jak wielkie znaczenie miała decyzja pani Marty.

Starsza kobieta przeżyła.

Dziś ma 85 lat. Może wstać rano. Może spojrzeć przez okno. Może rozmawiać z bliskimi. Może upiec jabłecznik.

Te zwyczajne czynności są możliwe również dlatego, że w najgorszym momencie jej życia ktoś nie odwrócił wzroku.

Marta podarowała jej kolejne lata.

Kolejne święta.

Kolejne rozmowy.

Kolejne spotkania z rodziną.

Może nawet chwile, o których sama nigdy się nie dowie.

Nie zrobiła tego dla nagrody. Nie oczekiwała medalu, pieniędzy ani rozgłosu.

Chciała tylko, aby człowiek leżący na drodze nie umarł w samotności.

Uratowana kobieta pamięta głos swojego „anioła”.

Ale ten anioł od lat walczy z depresją, lękiem i traumą.

Nie pozwólmy, aby została sama

Kiedy ciężko ranna kobieta prosiła o pomoc, pani Marta powiedziała jej:

„Nie jesteś sama”.

Dziś te same słowa powinniśmy skierować do niej.

Nie jesteś sama.

Twoje cierpienie jest prawdziwe.

Twoja trauma nie staje się mniej ważna tylko dlatego, że nie widać jej na pierwszy rzut oka.

To, że uratowałaś człowieka, nie oznacza, że masz samotnie ponosić wszystkie konsekwencje swojej odwagi.

Każda wpłata, nawet najmniejsza, może pomóc w kontynuowaniu walki prawnej. Jeśli ktoś nie może pomóc finansowo, może udostępnić zbiórkę i opowiedzieć o tej historii innym.

Jedno udostępnienie może dotrzeć do człowieka, który zdecyduje się wpłacić kilka złotych.

Kilka złotych połączone z pomocą wielu osób może dać pani Marcie możliwość dalszej walki.

Ona zatrzymała się dla obcego człowieka.

Teraz my zatrzymajmy się dla niej.

Pomóżmy pani Marcie w walce o zwykłą sprawiedliwość

Pani Marta nie prosi o nagrodę za bohaterstwo.

Nie domaga się pomnika.

Nie oczekuje, że ktoś zwróci jej wszystkie spokojne noce, których już nie odzyska.

Walczy o to, aby człowiek, który ratuje życie podczas wykonywania pracy, nie tracił ochrony w chwili okazania człowieczeństwa.

Walczy o prawo, które nie będzie mówiło pomagającemu:

„Postąpiłeś właściwie, ale od tej chwili radź sobie sam”.

Pani Marta nie pozostawiła ciężko rannej kobiety na jezdni.

Nie pozostawiajmy teraz pani Marty samej z depresją, kosztami leczenia i walką z systemem.

Zbiórka na dalszą walkę prawną pani Marty:

https://zrzutka.pl/8kuv3d

Jeżeli możesz, wpłać choćby niewielką kwotę. Jeśli nie możesz, udostępnij tę historię. Pomóżmy kobiecie, która uratowała życie drugiego człowieka, odzyskać wiarę w to, że przyzwoitość również zasługuje na ochronę.

Tekst: Artur Rarok „Pan Od Absurdów” / Facebook

Foto: ilustracyjne; pixabay.com

Tagi:

Zostaw odpowiedź

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *