„Mam wrażenie, że żyjemy w czasach, w których absurd przestał się ukrywać. On już nie siedzi w tle. On często stoi na środku sceny i zachowuje się tak, jakby wszystko było całkowicie normalne” – mówi w rozmowie z Agnieszką Góralczyk, Artur Rarok, który powołał do życia „Pana od Absurdów”, i który udowadnia, że nasza rzeczywistość coraz częściej wygląda jak satyra napisana przez kogoś, kto już dawno stracił kontrolę nad scenariuszem.
Skąd wziął się pomysł na nazwę „Pan od Absurdów” i co było bezpośrednim impulsem do opublikowania pierwszego wpisu?
AR: „Pan od Absurdów” wziął się trochę z obserwacji świata, a trochę z bezsilnego śmiechu wobec rzeczy, które na co dzień zaczęły wydawać mi się kompletnie normalne, mimo że normalne wcale nie są. Coraz częściej miałem wrażenie, że rzeczywistość sama pisze satyrę, tylko ludzie są już tak przyzwyczajeni do chaosu, dziwnych sytuacji i społecznych paradoksów, że przestali je zauważać.
Nazwa pojawiła się dość naturalnie. Nie chciałem tworzyć strony „o polityce”, „o humorze” czy „o życiu”. Bardziej miejsca dla kogoś, kto stoi z boku, patrzy na świat i czasem tylko unosi brew z niedowierzaniem. „Pan od Absurdów” po prostu dobrze oddawał ten sposób patrzenia.
Pierwszy wpis był bardzo prosty: „Czasem wystarczy popatrzeć. Nie wszystko trzeba rozumieć.” I właściwie do dziś uważam, że to zdanie dobrze opisuje całą stronę. Bezpośrednim impulsem do publikacji było chyba zmęczenie tym, że w internecie wszystko musi być skrajne, głośne albo agresywne. Chciałem stworzyć coś, co będzie jednocześnie trochę zabawne, trochę refleksyjne i trochę niepokojąco prawdziwe. Do tego zdjęcia w czerni i bieli specjalnie dobrałem koszulkę z absurdalnym napisem, bo dobrze oddawała klimat całego projektu. Z jednej strony żart, z drugiej coś dziwnie symbolicznego. Człowiek stoi poważny pośrodku miasta, a na koszulce kurczak i napis „Game Over”. I właściwie nie wiadomo, czy się śmiać, czy zadawać pytania. Właśnie o taki klimat mi chodziło od początku.
Swój projekt określa Pan jako „blog o życiu… które nie nadaje się na bloga” – czyli jakim życiu?
AR: Takim, które na pierwszy rzut oka wygląda zwyczajnie, ale kiedy człowiek zatrzyma się na chwilę i naprawdę się przyjrzy, zaczyna dostrzegać, że wokół nas dzieje się mnóstwo rzeczy kompletnie absurdalnych. To jest życie, w którym człowiek dostaje pismo z urzędu z prośbą o potwierdzenie, że nadal żyje. Życie, w którym ludzie potrafią pokłócić się o kolor tęczy albo traktować kasę samoobsługową jak osobistego wroga. Z jednej strony śmieszne, z drugiej trochę smutne. „Nie nadaje się na bloga”, bo to nie jest świat idealnych poranków z kawą i motywacyjnych cytatów. Bardziej świat drobnych frustracji, społecznych dziwactw, ludzkich przyzwyczajeń i sytuacji, które brzmią jak zmyślony skecz, mimo że wydarzyły się naprawdę.
Ale jest w tym też coś bardzo ludzkiego. Bo absurd najczęściej rodzi się tam, gdzie człowiek próbuje wszystko uporządkować, kontrolować albo udawać, że wszystko działa logicznie. Ta strona nie powstała po to, żeby wyśmiewać ludzi. Bardziej po to, żeby czasem spojrzeć na rzeczywistość z dystansu i powiedzieć:
„Przecież to jest tak dziwne, że aż zabawne.” A czasem: „To jest tak absurdalne, że już nawet nie wiadomo, czy się śmiać.”
Czy otaczająca nas rzeczywistość dostarcza Panu tematów sama, czy musi Pan ich szukać w codziennych newsach?
AR: Szczerze mówiąc, rzeczywistość sama dostarcza więcej tematów, niż człowiek byłby w stanie opisać. Ja właściwie nie muszę ich specjalnie szukać. Wystarczy wyjść z domu, przeczytać komentarze w internecie, stanąć w kolejce albo posłuchać przypadkowej rozmowy ludzi.
Czasem inspiracją jest wiadomość z portalu informacyjnego, ale równie często coś kompletnie małego i zwyczajnego. Jedno zdanie usłyszane w sklepie. Kartka na drzwiach urzędu. Kłótnia o rzecz, która jeszcze kilka lat temu nikogo by nie obchodziła. Mam wrażenie, że żyjemy w czasach, w których absurd przestał się ukrywać. On już nie siedzi w tle. On często stoi na środku sceny i zachowuje się tak, jakby wszystko było całkowicie normalne. Najciekawsze jest jednak to, że najlepsze wpisy zwykle nie powstają z wielkich wydarzeń, tylko z drobiazgów, które każdy zna, ale mało kto się nad nimi zatrzymuje. Bo ludzie bardzo często myślą: „Też mnie to kiedyś zdziwiło, ale nigdy nie umiałem tego tak nazwać. I chyba właśnie dlatego te teksty trafiają do odbiorców. Nie dlatego, że pokazują coś zupełnie nowego, tylko dlatego, że pokazują codzienność pod trochę innym kątem.
Możemy powiedzieć, że w dzisiejszym świecie absurd goni absurd?
AR: Zdecydowanie tak, choć mam wrażenie, że dziś absurd działa trochę inaczej niż kiedyś.
Kiedyś absurd był czymś wyjątkowym, czymś, co człowieka zatrzymywało i wywoływało zdziwienie. Dzisiaj bardzo często stał się codziennością. Żyjemy w świecie, w którym ludzie potrafią jednocześnie mówić o wolności słowa i próbować uciszyć każdego, kto myśli inaczej. W świecie, w którym człowiek musi przeczytać regulamin liczący kilkadziesiąt stron, żeby zaakceptować aplikację do mierzenia kroków. W świecie, gdzie czasem łatwiej porozmawiać z botem niż z drugim człowiekiem. Mam też wrażenie, że internet bardzo przyspieszył ten proces. Dawniej absurdalne sytuacje były lokalne i szybko znikały. Dzisiaj jedna dziwna wypowiedź, jeden komentarz albo jedno nagranie potrafią w kilka godzin obiec cały kraj i żyć własnym życiem.
Ale paradoksalnie to właśnie dlatego ludzie zaczynają potrzebować dystansu i humoru.
Bo gdyby człowiek próbował wszystko traktować całkowicie poważnie, można by naprawdę zwariować. Myślę, że „Pan od Absurdów” trochę wyrósł właśnie z tego zmęczenia rzeczywistością, która coraz częściej wygląda jak satyra napisana przez kogoś, kto już dawno stracił kontrolę nad scenariuszem.
Czy Pana profil ma być przede wszystkim lustrem odbijającym nasze narodowe przywary, czy formą terapii społecznej?
AR: Chyba trochę jednym i trochę drugim. Nie chciałbym jednak stawiać się w roli kogoś, kto „naprawia społeczeństwo”, bo internet jest już pełen ludzi przekonanych, że mają monopol na prawdę i wiedzą najlepiej, jak inni powinni żyć.
„Pan od Absurdów” bardziej pokazuje pewne mechanizmy i zachowania, które wszyscy znamy, ale często przestajemy je zauważać, bo zdążyliśmy się do nich przyzwyczaić. Czasem są to nasze narodowe przywary, czasem absurdy urzędowe, czasem internetowe wojny o kompletnie nieistotne rzeczy, a czasem po prostu zwykła ludzka śmieszność, która dotyczy każdego z nas. Ja też nie stoję obok tego wszystkiego jako ktoś „lepszy”. Sam jestem częścią tego świata i pewnie też bywam absurdalny. Jeżeli jednak te teksty działają trochę terapeutycznie, to chyba dlatego, że pozwalają ludziom na chwilę złapać dystans. Czasem człowiek przeczyta wpis i myśli: „Dobrze, czyli nie tylko mnie to dziwi.” I to już dużo daje Bo humor bardzo często jest sposobem radzenia sobie z rzeczywistością. Zwłaszcza wtedy, gdy rzeczywistość zaczyna momentami przypominać źle napisany kabaret, który ktoś uparcie przedstawia jako poważny plan społeczny.
Gdzie leży granica między „zwykłą głupotą” a prawdziwym, głębokim absurdem, który zasługuje na opisanie?
AR: Myślę, że głupota bardzo często kończy się tam, gdzie człowiek po prostu zrobi coś nierozsądnego. To jest chwilowe, przypadkowe, czasem nawet zabawne.
Absurd zaczyna się wtedy, kiedy coś ewidentnie nielogicznego staje się normalne, akceptowane, a czasem wręcz bronione z pełnym przekonaniem.
To moment, w którym wszyscy widzą, że coś nie działa, ale system, internet albo społeczne przyzwyczajenia każą udawać,że wszystko jest w porządku.
Prawdziwy absurd ma w sobie coś głębszego niż zwykła śmieszność. On często pokazuje sprzeczność między tym, co ludzie mówią, a tym, jak naprawdę funkcjonują. Między rozsądkiem a rzeczywistością. Dlatego najbardziej interesują mnie sytuacje, które jednocześnie śmieszą i trochę niepokoją. Takie, po których człowiek najpierw się uśmiecha, a po chwili myśli:
„Zaraz… przecież to naprawdę się dzieje.” Bo absurd nie zawsze polega na czymś wielkim. Czasem wystarczy drobiazg. Jeden przepis. Jedno urzędowe zdanie. Jedna internetowa dyskusja. I nagle okazuje się, że wszyscy uczestniczymy w czymś kompletnie nieracjonalnym, tylko zdążyliśmy się do tego przyzwyczaić. I chyba właśnie takie momenty najbardziej zasługują na opisanie. Nie te najgłośniejsze, ale te najbardziej prawdziwe.
Czy biurokracja to największy generator absurdów w Polsce?
AR: Biurokracja jest jednym z największych generatorów absurdów, ale chyba nie jedynym.
Ona po prostu bardzo dobrze pokazuje pewien mechanizm, który istnieje szerzej w całym społeczeństwie. Bo sam urząd często nie jest absurdalny dlatego, że pracują tam źli ludzie. Absurd pojawia się wtedy, gdy procedura zaczyna być ważniejsza od człowieka i zdrowego rozsądku. Kiedy wszyscy wiedzą, że coś można byłoby zrobić prościej, ale system jest już tak rozbudowany, że nikt nie chce albo nie potrafi go zatrzymać. I wtedy powstają sytuacje, które brzmią jak żart.
Człowiek musi przynieść dokument potwierdzający informację, którą urząd sam posiada. Albo osobiście potwierdzić, że żyje. I najciekawsze jest to, że nikt nawet nie widzi w tym nic dziwnego, bo „takie są przepisy”. Ale równie dużo absurdów produkuje dziś internet, media społecznościowe i nasze codzienne zachowania. Mam czasem wrażenie, że współczesny człowiek potrafi jednocześnie śmiać się z biurokracji, a potem przez trzy godziny kłócić się w komentarzach o rzecz kompletnie nieistotną. Dlatego powiedziałbym raczej, że Polska nie tyle stoi biurokracją, co pewnym kultem komplikowania prostych rzeczy. I właśnie tam absurd czuje się najlepiej.
Spotyka się Pan z absurdalną krytyką swoje osoby i bloga w komentarzach? Jak Pan reaguje?
AR: Tak, i szczerze mówiąc byłoby chyba dziwnie, gdyby ich nie było.
Jeżeli człowiek komentuje rzeczywistość, dotyka tematów społecznych albo pokazuje ludziom niewygodne mechanizmy, to prędzej czy później zacznie trafiać też na emocje.
Najbardziej absurdalne jest jednak to, że czasem pod wpisem o zwykłej ludzkiej śmieszności potrafi wybuchnąć poważna wojna ideologiczna. Człowiek napisze coś o kolejce w urzędzie albo o kłótni o trzy grosze w sklepie, a po chwili w komentarzach trwa już niemal debata o upadku cywilizacji. Ale internet trochę tak działa. Ludzie często czytają przez pryzmat własnych emocji, doświadczeń albo poglądów i czasem widzą atak tam, gdzie była po prostu obserwacja rzeczywistości. Staram się reagować spokojnie i z dystansem. Nie mam potrzeby udowadniania wszystkim, że mam rację. Jeśli ktoś się nie zgadza, to w porządku. Gorzej, gdy dyskusja zamienia się w zwykłą agresję albo próbę obrażania dla samego obrażania, bo wtedy rozmowa przestaje mieć sens. Paradoksalnie część krytycznych komentarzy sama staje się materiałem na „Pana od Absurdów”.
Bo czasem człowiek patrzy na internetową kłótnię i ma wrażenie, że rzeczywistość znowu napisała lepszy żart niż jakikolwiek satyryk.



Jaki jest Pana ulubiony, „najbardziej absurdalny” mechanizm ludzkiego zachowania, który zaobserwował Pan podczas prowadzenia profilu?
AR: Chyba najbardziej fascynuje mnie to, jak bardzo ludzie potrafią odbierać neutralne historie osobiście, jeśli przypominają im coś, co sami kiedyś przeżyli. Człowiek opisuje zwykłą scenę ze sklepu, urzędu albo internetu, bez wskazywania konkretnych osób, a mimo to część odbiorców od razu czuje się zaatakowana. Jakby sam fakt pokazania jakiegoś mechanizmu był już oskarżeniem.
To bardzo dużo mówi o nas jako społeczeństwie. O tym, jak często nosimy w sobie niewyjaśnione emocje, frustracje albo doświadczenia, które wracają przy najprostszych rzeczach. Drugim bardzo absurdalnym mechanizmem jest to, jak łatwo dziś ludzie dają się wciągać w poczucie ciągłego zagrożenia. Mam wrażenie, że żyjemy w czasach ogromnej polaryzacji i permanentnego strachu. W internecie bardzo łatwo wmówić ludziom, że wszystko jest atakiem, że wszędzie czyha wróg, ideologia albo spisek. I często ludzie zaczynają dostrzegać zagrożenie tam, gdzie go realnie nie ma. A jednocześnie potrafimy kompletnie bagatelizować prawdziwe problemy. Samotność. Przemęczenie. Uzależnienie od internetu. Brak normalnej rozmowy między ludźmi. Coraz większą agresję i odczłowieczenie w dyskusjach. To jest chyba jeden z największych współczesnych absurdów. Boimy się symboli, słów albo internetowych narracji, a coraz mniej zauważamy rzeczy, które naprawdę wpływają na nasze życie i relacje z innymi ludźmi. I właśnie takie mechanizmy najbardziej mnie interesują. Nie dlatego, żeby kogokolwiek wyśmiewać, ale dlatego, że czasem dopiero absurd pozwala zobaczyć, jak dziwnie zaczęliśmy funkcjonować jako społeczeństwo.
Na ile postać „Pana od Absurdów” różni się od Pana w życiu prywatnym? Czy prywatnie też analizuje Pan każdą sytuację pod kątem jej niedorzeczności?
AR: Myślę, że „Pan od Absurdów” jest po prostu trochę bardziej wyostrzoną wersją mnie samego.
To nie jest całkowicie wykreowana postać. Raczej sposób patrzenia na świat ubrany w konkretny styl i język. Prywatnie też bardzo dużo obserwuję i analizuję, czasem nawet za dużo. Potrafię zatrzymać się na czymś, obok czego inni przejdą obojętnie. Na jednym zdaniu, dziwnej sytuacji albo reakcji ludzi. I często właśnie z takich drobiazgów później rodzą się wpisy.
Ale w normalnym życiu nie chodzę cały czas jak człowiek szukający absurdów na siłę.
To bardziej działa automatycznie. Kiedy człowiek przez dłuższy czas obserwuje rzeczywistość w taki sposób, zaczyna dostrzegać pewne mechanizmy odruchowo. Jednocześnie prywatnie jestem chyba spokojniejszy i mniej „ironiczny” niż w tekstach. Na stronie absurd jest często podkreślony mocniej, bardziej wyciągnięty na światło, bo taka jest forma tego projektu. W życiu codziennym dużo częściej próbuję po prostu zrozumieć, dlaczego ludzie zachowują się tak, a nie inaczej.
Bo większość absurdów nie bierze się ze złych intencji. Najczęściej bierze się ze zmęczenia, emocji, przyzwyczajeń, strachu albo tego, że ludzie przestali się nawzajem naprawdę słuchać. I chyba właśnie dlatego „Pan od Absurdów” nie jest tylko stroną o śmiesznych sytuacjach.
To bardziej próba pokazania, że pod tym całym absurdem bardzo często kryje się zwyczajny człowiek, który sam już trochę pogubił się w rzeczywistości.
Komentuje Pan polską codzienność w bardzo bezpośredni i emocjonalny sposób – czy dzięki temu możemy coś zmienić?
AR: Myślę, że pojedynczy post nie zmieni świata ani społeczeństwa. Internet zresztą nauczył mnie, że ludzie bardzo często oczekują prostych odpowiedzi na bardzo skomplikowane problemy, a rzeczywistość tak niestety nie działa. Ale uważam, że można zmieniać coś mniejszego i może właśnie to jest najważniejsze. Sposób patrzenia. Refleksję. Chwilę zatrzymania.
Jeżeli ktoś po przeczytaniu wpisu spojrzy inaczej na drugiego człowieka, na własne zachowanie albo po prostu pomyśli: „Kurczę, faktycznie coś w tym jest” to już jest jakaś zmiana. Mam też wrażenie, że dziś ludzie są bardzo zmęczeni ciągłym krzykiem. Politycznym, medialnym, internetowym. Każdy próbuje wszystkich przekonać do swojej racji, często agresywnie i bez miejsca na normalną rozmowę. „Pan od Absurdów” nie próbuje nikogo wychowywać ani moralizować. Ja bardziej pokazuję pewne sytuacje i zostawiam ludzi z refleksją. Czasem śmiechem. Czasem lekkim dyskomfortem. Bo właśnie wtedy tekst zostaje w głowie najdłużej. I chyba wierzę, że humor połączony z emocją potrafi dotrzeć do ludzi mocniej niż suche ocenianie rzeczywistości.
Bo kiedy człowiek się śmieje, często na chwilę opuszcza gardę i zaczyna widzieć coś więcej niż tylko własne przekonania Czy to coś zmieni globalnie? Pewnie nie od razu.
Ale jeśli dzięki takim tekstom choć kilka osób zacznie trochę uważniej patrzeć na świat i na siebie nawzajem, to już ma sens.
Dziękuję za rozmowę











