Zajmuje się tradycyjnym introligatorstwem artystycznym, tworzy unikalne szkicowniki plenerowe oraz ręcznie szyte notesy. W świecie masowej produkcji i cyfrowego pośpiechu ona wybiera XVII-wieczne metody, zapach kleju kostnego i precyzję ręcznego szycia. Michalina Niebrzydowska, znana w sieci jako Dźwiedźma, udowadnia, że tradycyjne introligatorstwo to nie zapomniany relikt przeszłości, ale żywa sztuka z duszą. W rozmowie z Agnieszką Góralczyk artystka opowiada m.in. o tym, dlaczego ręcznie robione notesy wciąż wygrywają z ekranami smartfonów.
Jaka jest historia stojąca za pseudonimem „Dźwiedźma”? Wiem, że ma to korzenie w LARPach – jak z zabaw fabularnych przeszłaś do profesjonalnego rzemiosła?
MN: Pseudonim Dźwiedźma powstał na potrzeby konwentów, głównie gier terenowych. Wszyscy znajomi mieli swoje ksywy i też chciałam mieć swoją. Wywodzi się od od imienia: Michalina – Misia- Miś – Niedźwiedź- Dźwiedź- Dźwiedźma. Zaczęłam go używać także poza LARPami i tak zostało.
Jesteś magistrem Sztuki ASP w Gdańsku i czeladnikiem introligatorstwa. Jak Twoje akademickie wykształcenie przekłada się na codzienne, precyzyjne rzemiosło?
MN: Po egzaminach w szkole zawodowej zdecydowałam się założyć JDG. Dzięki wykształceniu artystycznemu nauczyłam się tworzyć ilustracje, projektować okładki i wyklejki oraz tworzyć kolekcje notesów, a także zleceń indywidualnych. Dzięki nauce pod okiem Mistrzów zyskałam warsztat pozwalający mi na pełne wykorzystanie swojej kreatywności.
Zawsze podkreślasz, że pasja do książek to Twój styl życia. Co sprawiło, że zamiast sztuki cyfrowej wybrałaś analogowe, wymagające cierpliwości i precyzji medium, jakim jest oprawa książek?
MN: Od zawsze byłam analogowa. Praca przed komputerem blokuje kreatywność i zaburza część funkcji motorycznych. Warto sięgnąć po cokolwiek materialnego, by pobudzić głowę i odkrywać nowe rzeczy. Nie jestem w stanie długo siedzieć i patrzeć w ekran.
Skąd czerpiesz inspiracje do tworzenia poszczególnych serii Twoich Dźwiedźbooków jak KOT, Sabat, Smoki?
MN: Z aktualnych zainteresowań i przemyśleń. Nie inspiruje się istniejącymi książkami tworząc kolekcje. Kot był częścią kolekcji kolory natury. Chodziło w niej o to, by połączyć symbolikę koloru (7 jak w tęczy) z zwierzętami, tak by uzyskać jak najlepsze warunki do swoich manifestacji. Obecnie jest kolekcja elements czyli żywioły, 4 notesy dopasowane do alchemicznych kolorów żywiołów. Można je dobrać pod znak zodiaku. Następna kolekcja będzie nawiązywać do domu.
Kiedy tak naprawdę zaczęłaś łączyć unikalny warsztat, sztukę z tradycyjnym introligatorstwem i ruszyłaś na konwenty?
MN: Wiosną 2023 r. Zaczęłam od lokalnych wydarzeń. Pierwsze targi były we Wdzydzach w lipcu. Stopniowo szukałam wydarzeń, które bardziej pasują mi klimatem.
Współpracujesz z klientami przy indywidualnych projektach, oprawiając je m.in. w welur, płótno czy skórę ze złoceniami. Jaki najbardziej nietypowy lub wymagający projekt miałaś okazję do tej pory zrealizować?
MN: Miałam okazję zrobić klaser ornitologiczny na piórka ptaków. To taki jaki od razu przychodzi mi do głowy. Było ich dużo więcej. Każda książka ma duszę i swoją historię. Naprawiałam książki z początku ubiegłego wieku jak i stworzyłam specjalne albumy dla nowożeńców. Każdy projekt jest wymagający pod innym względem.
Obecnie na rynku dominuje cyfryzacja, a mimo to notesy i szkicowniki przeżywają swój renesans. Jak myślisz, z czego wynika ta rosnąca potrzeba powrotu do papieru i rękodzieła wśród ludzi?
MN: Życie w cyberpunku byłoby straszne. To świetne uniwersum na takiej samej zasadzie co Gra o Tron. Od zawsze istniała potrzeba notowania. Papieru nie da się zhakować, papier przyjmie wszystko, a zniszczonego nie da się przywrócić. To najłatwiejszy sposób, by oczyścić głowę i poukładać myśli.
W całym kraju jest bardzo mało młodych introligatorów zajmujących się stroną stricte artystyczną. Czym właściwie jest tradycyjne introligatorstwo?
MN: To trudna sztuka i jest mało nauczycieli zdolnych przekazać wiedzę, która jest niezwykle obszerna. To wymagający zawód w którym próg wejścia jest bardzo wysoki. Zawód ten jest romantyzowany przez popkulturę. W rzeczywistości to ciężka praca fizyczna. Introligator w drukarni jest w stanie obsłużyć maszyny, introligator tradycyjny jest w stanie stworzyć książkę, bo rozumie zasady działania materiału i wie co zrobić jak coś pójdzie nie tak jak powinno. W większości przypadków potrzebuje 3 maszyn bez prądu, trochę narzędzi i swojej wyobraźni.
Zapach papieru, kleju, faktura płótna – Twoja praca mocno oddziałuje na zmysły. Który z tych sensorycznych elementów jest dla Ciebie kwintesencją introligatorstwa?
MN: Zapach klajstru zmieszanego z papierem w pracowni, to pierwsze co zostaje z Tobą po wejściu do introligatorni. Do dziś na wspomnienie pierwszej wizyty u Mistrza z prośbą o praktykę czuje właśnie tą mieszaninę zapachów. Po czasie nie zwraca się na nią większej uwagi. Zostaje cięcie i klejenie. Introligatorswo można sprowadzić właśnie do tych dwóch czynności. Czasem też szycie i piłowanie.
Na rynku jest mnóstwo rodzajów papierów – od masowych po czerpane. Jak dobierasz gramaturę i strukturę kart do swoich szkicowników, aby współpracowały z akwarelą, mediami mokrymi czy tuszem?
MN: Testuję, szukam, radzę się znajomych. Sprawdzam osobiście. Dużo czytam też o certyfikatach i je weryfikuje.
Introligatorstwo artystyczne to często praca na starych, zabytkowych maszynach. Czy masz w swojej pracowni jakieś „perełki” techniczne z dawnych lat, które mają własną duszę?
MN: Najlepsze sprzęty jakie mam pochodzą z ubiegłego wieku. Prasa introligatorska do papieru, nożyce z końca XIX wieku, które ważą ponad 500 kg. Wolęsprawdzone maszyny. Nowe za często się psują i trudniej je naprawić. Na montaż czeka właśnie Gilotyna hydrauliczna z lat 60. Długo o niej marzyłam.
Dziękuję za rozmowę


















