Strona główna / Felietony / Co robią kwiatki na działce – może, gdy mają ochotę, to zakwitną? (16)

Co robią kwiatki na działce – może, gdy mają ochotę, to zakwitną? (16)

W felietonie 14. poruszyłem temat „na morwach” i zamieściłem opis tego miejsca autorstwa Tamary Hebes (wł. Leszka Florka). Moja dociekliwość skłoniła mnie do tego, żeby „spenetrować” ten obszar podczas spaceru i sprawdzić, czy jakakolwiek morwa się zachowała. Nie znalazłem żadnej, ale wyprawa była fascynująca. I z Państwem podzielę się odkryciami.

„Na morwach” na Osiedlu Młodych w Świdnicy, choć paradoksalnie, jak zauważam, już teraz mieszkają w większości emeryci i Ukraińcy, są jeszcze obszary, gdzie istnieje „dzika” przyroda, gdzie nie wkracza człowiek-„deweloper”. Na tym spacerze odkryłem drzewa owocowe – różę dziką (nazwy ludowe: psia róża, szypszyniec różany – podobno można robić z jej owoców przetwory. Ja nie robiłem, więc nie wiem), mirabelki (małe, ale smakowite, bo skosztowałem), jarzębina oraz orzechy włoskie. I o orzechach włoskich dziś felieton.

Orzechy włoskie poprawiają pamięć – to z punktu widzenia medycyny. A z punktu widzenia literacko-działkowego: orzechy jako drzewa są traktowane różnie przez człowieka – ścinane na działkach i w ogrodach, bo zabierają dużo wody innym roślinom oraz cień, który ogranicza dostęp słońca. Okres wegetacji jest późniejszy od innych drzew. Na Suwalszczyźnie w ogóle nie ma orzechów-drzew (Północny Biegun Polski albo Biegun Zimna, choć ciekawa jest dewiza miasta – „Pogodne Suwałki”) i orzechy włoskie są tam rarytasem. Są oczywiście dostępne w sklepach sieciowych, ale nie w stanie naturalnym. Natomiast pani Ania z Sieniawki na Dolnym Śląsku dzieli się orzechami z przyjaciółmi i jestem pełen podziwu dla niej, bo ma takie przekonanie, że część orzechów należy zostawić ptakom i wiewiórkom (piękne).

A teraz literacko: nazwa „orzech włoski” myślałem, że pochodzi z włoszczyzny (Włochy i królowa Bona Sforza, żona króla Zygmunta Starego), ale okazuje się, że pochodzi od „Wołocha” i „Wołowszczyzny”, a to wiąże się z terenem dzisiejszych Bałkanów i Rumunii. I jak to w językach bywa, co oczywiście jest interesujące z mojego punktu widzenia (śledztwa w poszukiwaniach językoznawczych nigdy nie będą „zakończone”, bo często ważniejsze jest samo poszukiwanie, podróż w labiryntach słów, niż dotarcie do celu).

Wracając do meritum – orzechów włoskich – przypomniałem sobie o „Krzyżakach” Henryka Sienkiewicza i o Jagience, córce Zbycha ze Zgorzelic, która pośladkami łupała orzechy, jeździła na koniu, by upolować żubra, pomogła honorowemu rycerzowi Zbyszkowi z Bogdańca (bo jaki ma być rycerz jak nie honorowy?) podczas „walki” z niedźwiedziem i dodatkowo pojawia się wątek dotyczący wspólnych łowów na bobry. Pomijając fikcję literacką, a tak naprawdę w nią się wgłębiając – rodzi się pytanie zasadnicze: jaki „model” relacji damsko-męskiej jest właściwy: czy Jagienka (choć zdrobnienie jest wpadką Sienkiewicza, bo to kobieta piękna i heroiczna) czy „księżniczka” Danusia (a to też zdrobnienie) wychowana przez Juranda ze Spychowa, a później przez księżną Annę Danutę, siostrę księcia Witolda?

Wątków historycznych jest wiele, bo Witold dla Litwinów to bohater narodowy, a Władysław Jagiełło zdrajca. Jednak należy pamiętać, że polityka niekoniecznie jest kompasem, często bywa złudna i szkodliwa, a przyroda weryfikuje postawy ludzi. Ale o tym kolejnym razem.

Załączam zdjęcia ze spaceru „na morwach” i polecam przeczytanie ponowne „Krzyżaków” – wątek nie tylko dylematów damsko-męskich, ale również przyrodniczych i historycznych.

Co robią kwiatki na działce – może, gdy mają ochotę, to zakwitną?

Słowa potrafią zmieniać świat na lepszy.

Wojciech Koryciński

Tagi:

Zostaw odpowiedź

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *