Kocha zwierzęta i od lat uwiecznia je w swoich pracach. Zaczęło się od koni i ołówka, a skończyło na pędzlach i krowach. Dorota Krzemińska w rozmowie z Martą Kot opowiada, jak zaczęła się jej mucząca przygoda i dlaczego maluje mućki we wszystkich kolorach tęczy.
Jak to się stało, że zaczęłaś malować krowy?
Wcześniej przez kilkanaście lat rysowałam, głównie dla siebie. Najczęściej konie, bo od zawsze je uwielbiam. Dopiero dwa-trzy lata temu przerzuciłam się na farby i wtedy pomyślałam, że czas na jakąś odmianę. Skoro konie już były, tym razem namaluję krowę. Zresztą krowy również bardzo lubię.
Pamiętasz „pierwsza swoją krowę”?
Pierwszą krowę namalowałam na próbę i wrzuciłam do jednej z grup na Facebooku. Okazało się, że ludziom bardzo się spodobała, być może właśnie dlatego, że zdecydowanie nie była to zwyczajna krowa. Od zawsze lubiłam robić rzeczy trochę na odwrót, inaczej niż wszyscy i niekoniecznie tak, jak „powinno się” je robić. Ta krowa była więc różowa. Tło też było różowe. Wszystko było różowe. Zaczęły pojawiać się pytania, czy namaluję kolejne krowy, w innych formatach i kolorach. Wtedy dostałam też pierwsze zamówienia i zaczęłam zdobywać obserwujących, którzy trafiali do mnie właśnie dla tych krowich obrazów.
A co z Twoimi ukochanymi końmi?
Okazało się, że konie są trochę przereklamowane, przynajmniej jeśli chodzi o sztukę. Krowa na obrazie jest już czymś mniej oczywistym, a różowa, niebieska czy zielona krowa to połączenie, którego chyba nikt się nie spodziewa. Może właśnie dlatego ludzie tak dobrze na nie reagują. Jest w nich coś zabawnego, trochę absurdalnego, ale jednocześnie krowy same w sobie są naprawdę pięknymi i bardzo mądrymi zwierzętami. Ja zresztą lubię je od dziecka. Kiedy byłam mała i ktoś pytał mnie o moje ulubione zwierzę, niemal zawsze odpowiadałam: krowa.
No dobrze, a co będzie, jak krowy Ci się znudzą? Przerzucisz się na świnie? Indyki?
Kiedy czuję, że w moich obrazach zaczyna się pojawiać zbyt dużo monotonii i po raz kolejny patrzę na krowę, dla odmiany sięgam po inne zwierzę. Najczęściej są to kury, które maluję z ogromną przyjemnością. Lubię też malować koguty. One również mają swoich fanów, więc najwyraźniej nie tylko krowy mają u mnie swoje grono wielbicieli. Po kilku takich odskoczniach zazwyczaj znowu wracam do krów. Chyba właśnie dzięki temu wciąż sprawia mi to przyjemność. Krowy są świetne, ale gdybym miała malować je od rana do nocy, codziennie, przez kilka kolejnych lat, to podejrzewam, że w pewnym momencie sama zaczęłabym muczeć.
Mówisz, że malowanie omijałaś kiedyś szerokim łukiem. Co spowodowało, że jednak pokochałaś pędzle?
Tak naprawdę wcale nie planowałam zacząć malować. Przez kilkanaście lat zajmowałam się wyłącznie rysowaniem i długo nie interesowały mnie żadne inne techniki. Byłam trochę zamknięta w tym jednym świecie. Wszystko zmieniło się trochę przypadkiem. Moja ciocia, która również maluje, wysłała mi kiedyś cały karton farb akrylowych, których sama nie używała, ponieważ maluje głównie farbami olejnymi. Trudno było dostać taki prezent i nic z nim nie zrobić. Skoro więc miałam już w domu cały karton farb, uznałam, że trzeba je jakoś wykorzystać. Przełamałam się i namalowałam swój pierwszy obraz. Był malutki, prosty i namalowany na kiepskiej jakości papierze. Mimo wszystko spodobało mi się. Dzisiaj, kiedy na niego patrzę, jest mi trochę wstyd, ale oczywiście zachowałam go na pamiątkę. Kolejny obraz był już bardziej przemyślany, choć nadal daleko mu było do tego, co chciałam osiągnąć. Dopiero po wielu próbach, błędach, poprawkach i kolejnych obrazach zaczęłam rozumieć, co właściwie robię. W pewnym momencie zauważyłam, że malowanie daje mi znacznie więcej satysfakcji niż rysowanie. I bardzo mnie wycisza i uspokaja. Rysowanie, szczególnie realistyczne, wymaga ogromnego skupienia i potrafi być bardzo czasochłonne. Miałam wrażenie, że każdy fragment muszę dokładnie kontrolować. Przy malowaniu jest w tym wszystkim znacznie więcej swobody. Czasem mam wrażenie, że to pędzel prowadzi mnie, a nie odwrotnie. Jeśli coś nie wyjdzie dokładnie tak, jak planowałam, często można to wykorzystać i zrobić z tego element obrazu, zamiast traktować jako błąd. I chyba właśnie ta swoboda najbardziej mnie w malowaniu wciągnęła. Zaczęło się od kartonu niechcianych przez ciocię farb, a skończyło na tym, że kilka lat później całkowicie porzuciłam rysowanie. Dzisiaj nie tylko nie tęsknię za rysowaniem, ale na razie zupełnie nie zapowiada się, żebym miała do niego wrócić.
Co symbolizują Twoje krowy?
Szczerze mówiąc, moje krowy nie mają jakiejś ukrytej, głębokiej symboliki. Po prostu bardzo je lubię i lubię je malować. Cała reszta wynika z tego, że od zawsze ciągnęło mnie do robienia rzeczy trochę inaczej niż wszyscy. Lubię oryginalność, nietypowe pomysły i mocne kolory, dlatego naturalne umaszczenie krów jakoś nigdy szczególnie mnie nie interesowało w malarstwie, choć czasem dla odmiany zdarzy się namalowanie czegoś „normalnego”, ale to u mnie niezbyt częste. Brązowa, czarna czy łaciata krowa jest oczywiście piękna, ale jeśli już mam coś namalować, to dlaczego nie zrobić jej różowej, niebieskiej albo zielonej? Czy ktoś kiedyś widział różową krowę? Pewnie nie. To może zobaczyć ją na moich obrazach. Chyba właśnie o to w tym wszystkim chodzi. Nie próbuję na siłę nadawać swoim obrazom wielkich znaczeń. Chcę po prostu tworzyć rzeczy, które są trochę inne, przyciągają wzrok i sprawiają, że ktoś się uśmiechnie i poczuje się zaskoczony.
Dziękuję za rozmowę.
Fot. instagram.com/haris.pilton.art











