Relacjonował wielką powódź w latach 90., pielgrzymki trzech papieży do Polski i cztery miesiące spędził na froncie w Iraku jako korespondent. Od 2019 r. jest Ambasadorem Wałbrzycha, a od 2024 r. redaktorem naczelnym Polskiej Agencji Prasowej. W rozmowie z Agnieszką Góralczyk, Wojciech Tumidalski opowiada o dawnym Wałbrzychu, w którym się urodził, czasach szkolnych, dziennikarstwie, które stało się jego życiem i odnalezionej w domu rodzinnym kolekcji resoraków.
Zacznijmy od Wałbrzycha – jest Pan absolwentem wałbrzyskiego I LO. Jak wspomina Pan miasto z czasów szkolnych?
WT: To był dla mnie czas wyjątkowy, który mnie ukształtował i zaważył na dalszym życiu. W historycznym 1989 r. trafiłem do szkoły z solidarnościowymi tradycjami. Klasa humanistyczna prof. Elżbiety Mosingiewicz zgromadziła niesamowite indywidualności i zyskała miano legendarnej. Jej lekcje polskiego były czymś więcej, niż nauka o języku ojczystym. Robiliśmy szkolny teatr, który święcił sukcesy nie tylko w murach szkoły, ale też w wałbrzyskim Teatrze Dramatycznym oraz na festiwalach. Koleżanki i koledzy, z którymi się uczyłem są dziś wybitnymi prawnikami, dziennikarzami, urzędnikami, pracują na uczelniach i zajmują się biznesem – bardzo różnym: od nieruchomości po budowę barek rzecznych. A sam Wałbrzych wtedy był miastem, w którym upadały kopalnie i bardzo wolno rodziło się nowe życie. Ale się rodziło. Był to czas, gdy można było poczuć autentyczną wolność, w tym osobistą. W legendarnych Dwunastkach na Rynku koncerty grali czołowi krajowi artyści. Budynki, na których dawna zamożność przedwojennych Wałbrzyszan zostawiła swój ślad, popadały w ruinę.
W 2019 r. został Pan Ambasadorem Wałbrzycha – jak Pana zdaniem zmienił się Wałbrzych przez tych kilka dekad? Często odwiedza Pan rodzinne miasto?
WT: Gdy się kogoś nie widzi na co dzień, można zauważyć, jak się zmienia. Odwiedzam Wałbrzych kilka razy do roku i dzięki temu widzę zmiany, których można nie dostrzegać mieszkając w naszym mieście. Zmian na lepsze. Domy, drogi, miejska infrastruktura i nowe możliwości – to jest coś, co widać na pierwszy rzut oka. Specjalna Strefa Ekonomiczna to też szanse na pracę. Edukacja i kultura na poziomie, którego nie ma co się wstydzić. To nie jest jakieś miasto drugiej kategorii. O Wałbrzychu się mówi jako mieście nieodkrytych możliwości – takie myślenie jest mi bliskie.


Czego w mieście brakuje dziś?
WT: Każdy, kto czyta fora internetowe o Wałbrzychu pewnie powie, że odkrytego miejskiego basenu. Mam mnóstwo wspomnień z takich obiektów na Nowym Mieście czy w Szczawnie. Fajnie, że na Nowym Mieście odbudowuje się dawny stadion Górnika. Są warunki na to, żeby powstało w Wałbrzychu więcej dużych zakładów pracy – dobra komunikacja i mieszkania w ładnej okolicy. Oby biznes skorzystał z tej szansy. Ale jest coś jeszcze: tradycje. Chętnie jeździmy do Wilna, kiedyś też Lwowa czy Borysławia, by odnajdywać tam ślady polskości. Nic więc dziwnego, że na Dolny Śląsk przyjeżdżają też potomkowie dawnych niemieckich mieszkańców naszego miasta. Warto pamiętać, że przed wojną Hitler nie miał w Wałbrzychu wielkiego poparcia, mieszkańcy w zdecydowanej większości nie utożsamiali się z jego ideami. W ogóle niewiele wiemy o tym, co jadano w Waldenburgu, jaki był tutejszy strój regionalny czy obyczaje. Warto byłoby odnaleźć i upowszechniać taką wiedzę. Nie mielibyśmy przecież pretensji do Litwinów czy Ukraińców, gdyby uczyli o polskiej historii w szkołach, prawda? Chętnie poszedłbym do restauracji z tradycyjnym wałbrzyskim jedzeniem, jakie podawano tu sto lat temu.
Pana droga zawodowa praktycznie od zawsze związana była z dziennikarstwem – ale dziś to już chyba nie te czasy co dawniej? Rola mediów i dziennikarzy chyba się nie tyle zmieniła, co mam wrażenie stracono do nich respekt?
WT: Gdy w 1994 r. zostawałem reporterem Radia Sudety z Dzierżoniowa, a potem Radia Wałbrzych, nie było jeszcze telefonów komórkowych i liczyło się, kto pierwszy z dziennikarzy dobiegnie w Sejmie do stacjonarnego aparatu, żeby nadać korespondencję o bieżących wydarzeniach. Dzisiaj komunikaty z posiedzeń rządu może odbierać każdy internauta – w portalach społecznościowych. Dziennikarze więc nie są już pośrednikami w przekazywaniu tego, co ważne, tylko przewodnikami dla ludzi, którzy są ciekawi świata. Warto ufać dobrym dziennikarzom, bo za ich pracą stoi odpowiedzialność za słowo i obowiązki, jakie wynikają z prawa. Internetowy podcaster czy gwiazda Instagrama powie wszystko, za co mu zapłacą. Dziennikarz ma obowiązek być niezależny. Jeśli nakryto by go na działalności sponsorowanej – to dla dziennikarza zawodowa śmierć.
Jak wspomina Pan wielką powódź z 1997 r., którą Pan relacjonował?
WT: Byłem wtedy specjalnym wysłannikiem PAP na tereny objęte powodzią. Najtrudniejsze było stanąć naprzeciw ludzi, którym żywioł zabrał dorobek całego życia. Moją rolą było opisanie tej rzeczywistości – to jedyna forma pomocy, jaką mogłem zaoferować. Pamiętam zniszczony Wodzisław Śląski, Opole i okoliczne miasta, a także Kłodzko. Trudno zapomnieć ten widok.
A także pielgrzymki trzech papieży do Polski?
WT: Owszem. Każda z tych pielgrzymek to dla mediów wielka operacja logistyczna, przemieszczanie się z miasta do miasta, docieranie na czas miejsca zbiórek dla grup dziennikarskich. A wrażenia są niezapomniane: w 1997 r. jako reporter PAP jechałem przed papamobilem w odkrytym samochodzie wiozącym fotoreporterów z wrocławskiego lotniska do centrum miasta. Koledzy robili zdjęcia Janowi Pawłowi II, jak pozdrawiał ludzi stojących na poboczach dróg, a ja obserwowałem, jak papież łapie kontakt wzrokowy ze stojącymi na trasie pojedynczymi osobami i się do nich uśmiecha. A w 2006 r. stałem za bramą niemieckiego obozu Auschwitz Birkenau z napisem „Arbeit Macht Frei”, gdy przez tę bramę przechodził papież Benedykt XVI. Wkrótce potem spadł tam deszcz, po którym wyszła tęcza – najjaśniejsza, jaką w życiu widziałem.
Widział Pan również na żywo okropieństwa wojny w Iraku – te obrazy zostaną w Panu na zawsze?
WT: Owszem. Mogłem to obserwować z bardzo bliska, bo przez cztery miesiące mieszkałem w polskiej bazie w mieście Diwanija oraz w ambasadzie RP w Bagdadzie. Wojna jest czymś okropnym. Miałem to szczęście, że podczas V zmiany Polskiego Kontyngentu Wojskowego w Iraku (od sierpnia 2005 r. do lutego 2006 r.) nie zginął tam żaden polski żołnierz. To zasługa mądrych dowódców i sprawności naszych żołnierzy. Od wtedy przyjaźnię się z wieloma z nich. Ówczesny dowódca kawalerii powietrznej, płk Marek Sokołowski, dziś jest trzygwiazdkowym generałem i w pełni zasłużenie objął funkcję Dowódcy Generalnego Rodzajów Sił Zbrojnych.

Bał się Pan, że więcej może nie zobaczyć bliskich?
WT: Starałem się nie myśleć o tym na co dzień, ale chyba każdy z przebywających w niebezpiecznych rejonach od czasu do czasu się nad tym zastanawia. Wiem, że moi rodzice się bardzo martwili. Wróciłem bardzo szczęśliwy, że okazało się to martwieniem na zapas.
W domu rodzinnym w Wałbrzychu odkopał Pan kolekcję resoraków zbieraną od lat 70. To jaka jest ich historia?
WT: Każde z tych autek to osobna historia. Pierwsze dostałem od mamy, gdy miałem trzy lata, a ona wróciła z wakacji we Francji od swej przyjaciółki, zresztą byłej Wałbrzyszanki, która mieszkała wtedy w Lille. Następne były prezentami od innej wałbrzyskiej przyjaciółki mamy, mojej kochanej „przyszywanej” cioci Ewy i wujka Andrzeja z Anglii. Ileś następnych zapewne pochodziło z wałbrzyskiego Peweksu. Z Jackiem, przyjacielem z mojego dzieciństwa, okropnie obijaliśmy te autka – na szczęście przetrwały. Dziś jestem dumny z tej kolekcji, którą przekazałem mojemu synowi. Czasem jednak idę do jego pokoju, by pooglądać te samochodziki.
Co Pana zdaniem w dzisiejszym świecie powinno definiować dziennikarza i jego zawód?
WT: Najważniejsza była, jest i będzie wiarygodność. Dobre dziennikarstwo jest wtedy, gdy przekazywane informacje są prawdziwe, uczciwie zdobyte i rzetelnie podane. Oraz gdy służą czemuś ważniejszemu, niż autopromocja. Takie dziennikarstwo może zmieniać świat na lepszy.
Dziękuję za rozmowę
Foto: użyczone











