Jej serce bije po słowiańsku. Kocha stare legendy i wierzenia, a te obfitują w różnego rodzaju „Baby”. Ona też chciała taką zostać i została Babą Leśną, artystką, która tworzy unikatowe obrazy na plasterkach drewna i płótnie. W rozmowie z Agnieszką Góralczyk, Natalia Piłat-Strok, znana jako Baba Leśna opowiada o swojej miłości do lasu, drewna i kultury ludowej.
Baba Leśna – niby nazwa oczywista, ale też nie do końca. Skąd wzięła się nazwa, albo kim była Baba Leśna?
NPS: Moje serce bije po słowiańsku, jeśli tak to można ująć. Kocham nie tylko naszą rodzimą przyrodę, ale również polską kulturę ludową, a szczególnie stare legendy i wierzenia. Te obfitują w różnego rodzaju „Baby”. Jest Baba Żytnia, co poluje na pracujących w południe rolników, Baba Wodna, co zamieszkuje jeziora czy Baba Grochowa, co w polach grochu grasuje. I oczywiście znana chyba wszystkim Baba Jaga. A ja to zamarzyłam sobie zostać Babą Leśną. Dzisiaj słowo „baba” jest bardziej kojarzone w innym kontekście, ale mnie to nie przeszkadza. Ba! Nawet bardzo lubię te zmieszanie, gdy ktoś nieznajomy chce ze mną porozmawiać i jednocześnie zachować kulturę, więc zwraca się do mnie „Pani Babo”.
Jak narodziła się Pani pasja do pracy z drewnem?
NPS: Miłość do drewna jest dla mnie tak oczywista, że nie jestem w stanie znaleźć jej początku. Jeśli zaś chodzi o malowanie na nim, to to już jest chyba bardziej pasją do stawiania sobie wyzwań. Drewno, jak to naturalny materiał, cały czas pracuje i trzeba je naprawdę dobrze poznać. Nie jest gładkie jak kartka, pędzel po nim nie sunie jak po płótnie. Minęło wiele czasu, wiele pędzli i wiele tubek z farbą nim mogłam powiedzieć, że „tak, potrafię malować na drewnie”.



Pamięta Pani pierwszą wykonaną pracę? Co to było?
NPS: Tworzę odkąd pamiętam, a nawet odkąd nie pamiętam. I mówię nie tylko o malowaniu. Wypełniałam wieczory również haftowaniem i pisaniem wierszy. Nie miałam jednak w zwyczaju zbierać swoich prac, większość moich pierwszych rysunków i obrazów wylądowała w koszu, tak samo jak prawie wszystkie wiersze zapisane na skrawkach papieru porozrzucanych po pokoju.
Z drewna można zrobić wszystko?
NPS: Zapewne, chociaż osobiście uważam, że robienie wszystkiego jest do niczego.
Czy drewno do Pani mówi? Ponoć to żywy materiał.
NPS: Drewno ma wiele opowieści. Zna lokatorów mrowisk, jest świadkiem narodzin wiewiórek, słucha zalotnych pieśni ptaków, rozmawia z grzybami i okrywa się mchem. Drewno mówi, jeśli ktoś potrafi słuchać. A czasami nawet śpiewa, jeśli zapomni się otworzyć okno przy werniksowaniu.



Jakie prace wychodzą spod Pani ręki?
NPS: Nie ma dla mnie doskonalszego i wspanialszego artysty od natury. Powiadają, że uczyć się trzeba od najlepszych, podglądam więc bacznie co się dzieje zarówno w koronach drzew, jak i u ich korzeni, a potem staram się przenieść te obserwacje za pomocą farb na drewno i płótno.
Jakie legendy są dla Pani inspiracją?
NPS: Jeśli chodzi o legendy, to inspiruje mnie nie tyle ich treść, ale ich duch i klimat. Te połączenie magii, symboli i ukrytych znaczeń, ich wpływ na postrzeganie przeze mnie świata. Chociażby taki dziurawiec, którego nazwa wzięła się właśnie od maleńkich dziurek na listkach. Dzisiaj wiemy, że są to zbiorniczki olejku, legendy jednak tłumaczą to atakiem złych demonów, które chcąc skrzywdzić ludzi napotkały na swej drodze dziurawiec. Ten miał chronić ludzi właśnie przed złymi siłami, a demony, rozwścieczone, że roślina pokrzyżowała im zamiary, swymi szponami próbowały ją rozszarpać. I nawet jeśli to tylko legenda, to nigdy nic złego mi się nie stało w pobliżu dziurawca. Przypadek?
Jakie rodzaje drewna wykorzystuje Pani do swoich prac?
NPS: Próbowałam tworzyć na różnych gatunkach drewna, po tych poszukiwaniach pozostałam wierna brzozie i lipie. Brzozie szczególnie. Jest w niej coś miękkiego i poetyckiego, coś, co mnie woła.
Używa Pani głównie narzędzi ręcznych czy elektronarzędzi?
NPS: Jeśli pyta Pani o malowanie, to tylko narzędzi ręcznych. Klasyczne pędzle, mniej klasyczne pędzle w formie wykałaczek czy główki igły do robienia szczegółów. Zawsze narzekam na brak cienkich pędzli. Nawet jeśli trzeba drewno doszlifować, to robię to ręcznie. Czasami sięgam po wypalarkę, rzadko się to jednak zdarza, zdecydowanie uwielbiam farby.



Skąd pozyskuje Pani drewno?
NPS: Dawno, dawno temu, pewnego lata, jak na grzyby poszłam i jagody, usiadłam na zwalonym pniu drzewa i wsłuchiwałam się w szum lasu. Z zamyślenia wyrwał mnie straszny wrzask, pochodzący nie z człowieczej piersi, lecz ze zwierzęcej. Zerwałam się szybko i pobiegłam tam, skąd dochodził płacz, w stronę rzeki. Tam ujrzałam małe bobrzątko, które nie mogło wydostać się spod grubej, świeżo złamanej gałęzi. Jego rodzice chodzili dookoła niego, zrozpaczeni. Nawet nie myśląc rzuciłam się na ratunek małej biedocie, a Państwo Bobry w podzięce obiecali mi dostarczać regularnie plastry drewna. Ewentualnie, jak Państwo Bobry są zbyt pochłonięci bobrzeniem, to po prostu zamawiam od polskich małych firm zajmujących się obróbką drewna.
Często bywa Pani w lesie? Las szepcze do Pani i przynosi natchnienie?
NPS: Często, ale za rzadko. Ja to bym w ogóle chciała zamieszkać jak nie w samym środku lasu, to chociaż na jego granicy, z dala od ludzi i tego całego miejskiego hałasu. Swoją drogą, bardzo podoba mi się, jak pierwsze pytanie jest sformułowane. Nie „chodzić do lasu”, ale właśnie „bywać w lesie”. To są dwie zupełnie inne czynności. Do lasu się chodzi na spacer, chodzi się zbierać grzyby i jagody. „Być w lesie” to zupełnie coś innego. To się wsłuchiwać, to się wpatrywać, to badać kształty, kolory, faktury, wąchać ściółkę. To widzieć tę sieć powiązań, położyć się na mchu i się w niego wtopić. Porozmawiać z żuczkiem, pozdrowić żabę, przywitać paprocie. I pokłócić się z sarną, która szczeka z oddali. Las daje mi nie tylko natchnienie, ale głównie i przede wszystkim wytchnienie.
Dziękuję za rozmowę
Foto: Izabela Klockiewicz











